O mieczach japońskich

[10 stycznia 2005]

Twórca
mieczy japońskich
Maciej Płotkowiak – wywiad

 „Jest w poznaniu człowiek, który robi sobie w domu miecze japońskie” – powiedział opiekun naszego koła naukowego. „W domu? A czy on nie spali sobie parkietu, jak mu stal kapnie na podłogę” – pomyślałam, ale nie zapytałam, bo podejrzewałam, ze byłoby to pytanie głupie. Postanowiłam sformułować je inaczej i zostawić je sobie na
wywiad. Aby nie wyjść na całkowitego laika, no i żeby jednak mieć o czym
rozmawiać z twórcą mieczy, przypomniałam sobie rozdział o okresie Kamakura z
książki prof. Z. Alberowej pt. „O sztuce Japonii” (str. 76-89). Do tego
przejrzałam  stronę internetową pana Macieja Płotkowiaka, którą polecam przed
lekturą wywiadu jako przedstawienie głównego bohatera. Zapewniam, że z wiedzą z
witryny autora będzie się Wam lepiej czytało. I nie omińcie działu ze zdjęciami –
te tsuby wyglądają jak w muzeum. :) No to do zobaczenia o powrocie ze
strony Macieja Płotkowiaka! :)

Część pierwsza

Na początku
rozmawialiśmy o tajnikach tworzenia miecza. Bogata w świeżą wiedzę, koniecznie
chciałam się dowiedzieć czy to wszystko dalej jest tak, jak było w książce
prof. Alberowej. Okazuje się, że nie wszystko, ale miecze są nadal potwornie
ostre.
Damian zadawał może mądrzejsze pytania, ale za to moje były bardziej
dociekliwe. :)

M: Początkowo wzory do kopii mieczy brał
Pan z muzeów i książek, a skąd teraz?

– Teraz w porównaniu z wcześniejszymi latami, jest ogrom wiedzy do zdobycia. Informacje są praktycznie wszędzie:
Internet, literatura, kontakty z ludźmi zza granicy, z Polski.

M: Na pańskiej stronie internetowej
większość tsub podpisana jest jako kopia danej dzieła z konkretnej
szkoły. Czy wymyśla pan też własne wzory?

– Tak. Nie są to, co prawda, wzory zupełnie
wymyślone przeze mnie, tylko inspirowane oryginałami. Robiłem kiedyś własne
wzory, ale jednak wolę czerpać z oryginalnych źródeł. A jest tego taki wybór,
taka różnorodność szkół, że jest się na czym wzorować. Można ewentualnie coś
dodać, coś ująć, ale staram się raczej czerpać z tradycji.

M: A czy Pan ma w domu… kuźnię?
– Nie. W domu mam typową pracownię do spraw metaloplastycznych, a kute rzeczy robię już w kuźni z prawdziwego
zdarzenia, u znajomych. Mam tam swoje stanowisko do pracy.

M: Czy Pan to tam kuje tak samo jak starojapońscy płatnerze?

– No, staram się robić to w miarę tradycyjnie, używać tradycyjnych materiałów. Oczywiście nie używam dmuchawy
ręcznej, tylko elektrycznej, młot też jest mechaniczny, więc nie potrzeba, jak w
dawnej Japonii, dwóch ludzi do wykucia ostrza. To wszystko jest ulepszone, ale
samo kucie jest w zasadzie takie samo, bo tego nie da się już ulepszyć
technologicznie.

M: Czy Pan też, jak japońscy płatnerze,
używa dwóch rodzajów stali, jednej twardszej, drugiej bardziej miękkiej?


– Nieraz używa się nie tyko dwóch, ale i
kilkunastu rodzajów stali o różnej zawartości węgla w zależności od rodzaju
główni, ale najczęściej są to dwa rodzaje.

D: A jak Pan zdobywa materiały? Poprzez
import?

– Stal jest rodzima, ale z Japonii czy ze
Stanów ściągam materiały wykończeniowe, na przykład skórę płaszczki, lakę, czy
jedwabną taśmę, bo u nas trudno to zdobyć. Właściwie, to z tych egzotycznych
materiałów trzeba importować wszystko, bo u nas nie ma na przykład dobrej taśmy
jedwabnej, tzn. takiego splotu, jaki powinien być na rękojeści.

M: A da się zamówić w hucie tak mało
stali na jeden miecz?

– Nie, nie. To nie jest kupowane w hucie,
często zdobywane na złomach. Bardzo dobrą stal można zdobyć ze starych, bardzo
wiekowych elementów, na przykład krat, starych płotów. To jest bardzo dobra
stal, bo nie jest jeszcze zanieczyszczona. Stare żelazo jest bardzo dobre. No,
ale eksperymentuje się też ze współczesną stalą.

M: Czy te miecze wychodzą tak ostre, jak
w dawnej Japonii, kiedy jednym ciosem miecza można było przeciąć troje ludzi
naraz?

– Są ostre, na pewno są ostre.

M: A na czym się je testuje obecnie?
– Najczęściej testuje się je na chochołach,
takich snopach słomy, tak jak to robią Japończycy. Ewentualnie mniejszą broń
można wypróbowywać na drobnych rzeczach. Zresztą jednym z testów była moja
własna ręka. Przebiłem sobie dłoń prawie na wylot. Szykowałem ostrze od yari,
takiej włóczni, kiedy ręka mi się ześlizgnęła i włócznia wbiła mi się tak
efektownie, że nawet nie poczułem, a przebiła mi tętnicę w dłoni, dwa ścięgna w
palcach i trochę rehabilitacji przez to miałem.
M: O…

D: To znaczy, ze wytwarza Pan też inną
broń, oprócz mieczy?

– Owszem.

M: Jak długo robi się taki miecz?
Wyczytałam, ze dawni Japończycy przynajmniej trzy miesiące poświęcali jednemu
mieczowi.

– No. Zajmuje sporo czasu. Jeśli ma to być
miecz z prawdziwego zdarzenia, bardzo dobrze, tradycyjnie zrobiony, to naprawdę
zajmuje to kilka miesięcy.

M: Ale nie siedzi pan nad tym od rana do
wieczora?

– Nie, nie. To jest raczej hobby, robię to,
kiedy mam wolny czas, więc niekiedy może to trwać i pół roku.

M: Czy tsuby też się wykuwa?
– Tak, wykuwa się żelazne tsuby.
Najpierw są z grubsza odkuwane, a później się je wycina ażurowo. Natomiast z
metali kolorowych większość raczej się odlewa, a później zdobi, inkrustuje
złotem, srebrem.

M: Czy Pan wśród swoich dzieł też ma
takie odlewane?

– Tak.

M: A jak to się robi? Musi sobie Pan
najpierw wykuć formę z kamienia?

– Nie, obecnie nie robi się już tego z
kamienia. Wykonuje się formę w silikonie, później często robi się model z wosku
albo gipsu. Używa się coraz bardziej współczesnych metod. Następnie formuje
się to w piasku albo w specjalnej masie i w zależności od rodzaju tsuby
można dodawać piasku lub wosku. Sposobów jest sporo. Tu akurat technologia
współczesna pomaga.

 

Część druga

&nbsp&nbsp&nbsp Tutaj trochę
mniej o mieczach, więcej o ludziach, czyli o tych, którzy w Polsce zajmują się
sztuką płatnerską oraz o tych, którzy w Japonii nie są zbyt otwarci na
współpracę z nimi. No i też o tym, że p. Płotkowiak swoim mieczom może nie
nadaje imion, ale wkłada w nie duszę.

M: Czy wystawiał pan gdzieś swoje prace?
– Tak, tak. Było parę wstaw, w Towarzystwie
Polsko-Japońskim, w Muzeum Narodowym w Poznaniu, z którymi współpracuję. Swego
czasu byłem założycielem Stowarzyszenia Miłośników Dawnej Broni Japońskiej. Fakt
faktem, jego działalność raczej kuleje. Swego czasu mieliśmy regularne spotkania
i zjeżdżali się tutaj ludzie praktycznie z całej Polski. Robiliśmy spotkania z
osobami, które robią coś z tym kierunku, ewentualnie kolekcjonują; były wykłady,
pokazy. No, ale wiadomo, współcześnie człowiek jest tak zaganiany, że nie ma już
na to czasu. Przynajmniej raz w roku, przy okazji Dni Kultury Japońskiej, coś
organizujemy w ramach współpracy, ale to już nie jest to, co kiedyś. Nie ma
ludzi, którzy chcieliby się tym naprawdę zająć, każdy pracuje od rana do nocy…

M: A czy są jeszcze jakieś inne
stowarzyszenia tego typu? Bo jest podobno jeszcze kilu płatnerzy w Polsce.

– Płatnerze są, ale nie są nigdzie
zrzeszeni. Często się z nimi spotykaliśmy. Jednak stowarzyszenia żadnego nie ma.

M: A czy współpracuje pan z jakimiś
stowarzyszeniami japońskimi?

– Nie bezpośrednio. Utrzymujemy kontakty,
ale niezbyt bliskie. Czasem otrzymujemy jakieś informacje, ale traktują nas
raczej…

M: A jednak… Czyli nie są zbyt przychylni
wobec płatnerzy obcokrajowców?

– Mój kolega ma kontakt z jednym z lepszych
płatnerzy w Japonii. I jeździł do niego, ale to też było trudne, bo jednak
ciężko się tam dostać i zdobyć jakieś informacje.
D: Czy współpracuje Pan z jakimiś
polskimi bractwami rycerskimi?

– Znam ludzi z kilku bractw. A czy
współpracuję? Swego czasu pracowałem razem z kowalem, który zajmował się bronią
średniowieczną. Pomagałem mu przy kuciu mieczy, szabli, czy uzbrojenia, ale sam
nic takiego nie robiłem.
D: Czyli nie ma wśród bractw rycerskich
zainteresowania rycerstwem japońskim?

– Nie, nie. To są zamknięte grona, które
interesują się tylko pewnymi określonymi rzeczami. Tak zresztą jak i ja. Mnie
interesuje w zasadzie broń japońska. Dla rozszerzania swojej wiedzy,
podpatrywania technologii zwracam czasami uwagę na inną broń, ale nie na tyle,
żeby ją wytwarzać.

D: Jakie są największe różnice w procesie
wytwarzania średniowiecznej broni europejskiej a japońskiej?

– Przede wszystkim hartowanie. Zupełnie
specyficzne jest hartowanie japońskich mieczy, bo europejską broń raczej się
hartowało w całości. Natomiast japońską głownię okładało się gliną, a potem
zbierało się glinę z tej części, która miała być bardziej utwardzona. To
rozgrzewano, hartowano w wodzie i dzięki temu powstawała linia hamon.
(Taka linia innego koloru w kształcie fali, od ostrej strony głowni, którą
czasem widać na mieczu – przyp. red.) W europejskiej, czy jakiejś innej broni w
ogóle tego nie było. Poza tym, samo podejście do produkcji to zupełnie inna
filozofia. W Japonii to cały rytuał, a w naszej broni europejskiej, czy
azjatyckiej to było po prostu wyklepanie jakiejś rzeczy, która miała ciąć i
zabijać. A tu jednak jest ta dusza w mieczu.

M: Czy Pan w takim razie podchodzi z
takim namaszczeniem do każdego kolejnego miecza?

– Nie oczyszczam się i nie modlę przed
pracą, ale na pewno w każdym z tych mieczy jest jakiś mój kawałek duszy. Staram
się robić to, nie wiem czy z namaszczeniem, ale nie jest to zrobione bezmyślnie.
Poświęcam sporo pracy każdemu elementowi, to już jest włożenie czegoś od siebie.

M: A czy pan nazywa swoje miecze?
– Nie, raczej nie.

D: Po rewolucji Meiji (po 1868 r.) miecze
wykonywane na potrzeby armii były seryjną produkcją i nie miały żadnych walorów
estetycznych. Jaki jest stosunek kolekcjonerów do tych wyrobów?

– Dla kolekcjonera nie przedstawiają żadnej
wartości, ale na rynku się sprzedają. Tzn. mają bardziej wartość historyczną niż
artystyczną. Ale faktycznie były one robione maszynowo i dla znawcy niewiele
znaczą.

D: A Pan broń z którego okresu ceni
najbardziej?

– Wolę raczej te stare, kotō, shintō,
czyli te robione tradycyjnie. Chociaż współcześnie też są płatnerze, którzy
robią miecze tradycyjną metodą i też są wzorcem do naśladowania.

 

Część trzecia

    Moja ulubiona!
O zakupach! Oczywiście, porządny miecz japoński jest drogi, ale uwaga, uwaga… W
tej rozmowie pada kwota nawet trzydziestu złotych! To już brzmi osiągalnie. :)

M: Czy jest pan w stanie określić ile już
mieczy zrobił pan w swojej karierze?

– Wszystko zależy od tego, co określa się
mianem miecza, bo swego czasu robiłem takie, można powiedzieć, tańsze miecze na
ewentualną sprzedaż, żeby zarobić na materiały. Tego było trochę więcej. A
takich dobrych, naprawdę porządnie zrobionych mieczy, to można policzyć z osiem,
dziesięć.

M: W jakich granicach mieści się cena
kopii miecza japońskiego?

– Wszystko zależy od oczekiwań odbiorcy.

M: A taki najtańszy, dla zupełnego laika,
żeby tylko było widać, że jest japoński?

– Takich mieczy sporo jest na rynku,
właściwie najwięcej. Gdziekolwiek się spojrzy, jakieś aukcje, sprzedaż, to jest
tego mnóstwo. Ceny są w granicach kilkuset złotych. Ale to są wyroby naprawdę
bardzo kiepskiej jakości i daleko odbiegające od tradycyjnego miecza.

M: A te, które pan sprzedawał, to już tak
po kilka tysięcy?

– No, też.

M: A czy teraz też pan sprzedaje miecze?

– Teraz staram się robić to w miarę
tradycyjnie, żeby wszystko miało dobre parametry, wygląd miecza japońskiego, ale
żeby było zarazem w miarę dostępne dla zwykłego zjadacza chleba. Wychodzi to tak
około tysiąca, tysiąca pięciuset złotych. Ktoś, kto studiuje, czy trenuje sztuki
walki, a nie zarabia, to jest jeszcze w stanie uzbierać taką kwotę, ale na parę
tysięcy już się raczej nie pokusi.

M: A dużo udaję się sprzedać takich
najlepszych mieczy?

– No, zdarza mi się. Teraz ostatnio robiłem
takie wakizashi.

M: A co z tymi ośmioma, dziesięcioma
najlepszymi? Też może je pan sprzedać, czy ma pan do nich stosunek
sentymentalny?

– Z tych mieczy to nie mam już żadnego.

M: Czy zdarzało się panu, że brano
pańskie kopie za oryginały? Czy łatwo taką kopię odróżnić od pierwowzoru?

– Sprawne oko rozróżni to bez problemu, ale
zdarzało się, owszem. Ostatnio wysłałem jakieś tsuby koledze do Niemiec,
a on sprzedawał je dalej. Jakiś Włoch kupił tę tsubę i dużo później,
dopiero, kiedy się dobrze przypatrzył, zrobił awanturę: „No jak?! Sprzedał mi
pan tsubę, myślałem, że to jest oryginał!” A kolega na to: „Ależ ja wcale
panu nie mówiłem, ze to jest oryginał.” On opisywał to na jakiejś aukcji jako „tsuba
japońska”, ale nie w znaczeniu, ze z Japonii, tylko, że to jest wzór japoński.

M: A więc elementy miecza też można
kupić. Ile takie coś kosztuje?

Menuki sprzedaję w kompletach, bo
zawsze muszą być dwie, po obu stronach rękojeści. To jest w granicach
dwudziestu, dwudziestu pięciu złotych. A tsuby, w zależności od wielkości
i rodzaju są w granicach od trzydziestu, czterdziestu złotych do stu. Zdarzało
się, że kiedy na aukcji wystawiłem, to sprzedawały się i za sto pięćdziesiąt,
dwieście, nawet trzysta złotych, ale to były już takie ze złoceniami, ze
srebrzeniami.

Rozmawiali: Marta Newelska i Damian Witek

Zdjęcia

tsuba

Tsuby autorstwa Macieja Płotkowiaka na ścianie jego
pracowni

homon

Miecz zahartowany, jeszcze nie oszlifowany. Wyraźnie widać
linię homon, czyli pas twardszej stali przy krawędzi tnącej głowni