Jeśli nie gejsze i samuraje… to co?

[13 listopada 2006]

Jeśli nie gejsze i samuraje… to co?
„Hokkaidō. Japonia bez gejsz i samurajów”

Dostaliśmy do rąk kolejną pięknie wydaną książkę o Japonii, pod zjednoczonym sztandarem kilku autorów, w której cudowne jest prawie wszystko… z wyjątkiem redakcji. Ale po kolei.

Jeżeliby sprzeciwić się przysłowiu i ocenić książkę po okładce, to brawa należą się w pełnej rozciągłości. Twarda oprawa, minimalizm, prosta gra kontrastu czerni i bieli, estetyczna typografia i kaligrafia. Śliczne. Papier co prawda nie kredowy, ale śnieżnobiały, który aż przyjemnie się dotyka. Trochę tylko szkoda, że w środku zobaczymy jedynie monochromatyczne ilustracje. Co prawda współgrają one z całością, ale naprawdę zachwycać mogłyby w kolorze (szczególnie w rozdziale „Od krewetki do niedźwiedzia”). Widać ogromny nakład pracy włożony w wydanie, a także fakt współpracy międzykulturowej. A to dzięki temu, że „Hokkaidō” wzbogacono o tłumaczenia na japoński takich elementów jak przedmowa czy wstępy do poszczególnych rozdziałów. Mała rzecz, a cieszy.

O czym tak właściwie jest ta książka? O życiu w Sapporo i okolicach. Czytelnik może zgłębić tajemnice Hokkaidō nie tylko podczas najbardziej zatłoczonych matsuri (festiwali) w miejskich aglomeracjach, ale również w czasie samotnych wypraw po niemal dziewiczych zakątkach tej wyspy. W jedenastu artykułach przeczytamy o autochtonach północnych rubieży Japonii, o tym jak Japończycy się bawią czy relaksują, a nawet spojrzymy na tamtejsze społeczeństwo oczami misjonarza z ubiegłego stulecia.

Chciałabym też móc napisać, że książka ta obala stereotypy, gdyż z takim założeniem powstawała. Tu jednak pojawia się wspomniany wcześniej problem z redakcją, a konkretniej z kolejnością publikowanych esejów. Po „Wyspie Świętego Spokoju”, w której doktor Rzepka wylicza uogólnienia, jakie wypadałoby odrzucić, w stylu „wszyscy tu udają uprzejmość” czy „nikt nie zatrudni cudzoziemca na stałe”, następuje rozdział autorstwa profesor Ewy Grave nafaszerowany w przeróżnych konfiguracjach słowami „codziennie”, „nikt”, „wszyscy” itp. Jeśli książkę połykamy jednym tchem (zapewniam, że nie trzeba się do tego zmuszać), a nie odkładamy po każdym rozdziale, możemy odczuć tu, czy tam pewien mały zgrzyt lub brak konsekwencji. Niby nic wielkiego, ale wystarczyłoby przecież dobrać eseje w innej kolejności. A może to tylko gra z uważnym odbiorcą? Może jestem przewrażliwiona? Oby. Poza tym mam też nadzieję, że „Hokkaidō” nie trafi do rąk przeczulonych na transliterację Hepburne’a japonistów. Bowiem pojawia się kilka kwiatków jeśli chodzi o wydłużone samogłoski i tak np. z piwa otrzymujemy budynek (piwo: biiru, budynek: biru) albo zastanawiamy się jaki sposób udało się zapisać jingisuKHan-nabe.

Poza takimi drobnymi potknięciami, książka oferuje naprawdę sporo sprawnie przekazanych informacji i osobistych obserwacji. Miły akcent – nasz kolega z Creativy, Michał Ptaszyński, brał aktywny udział w powstawaniu „Hokkaidō. Japonii bez gejsz i samurajów”, zdradzając nam przy tym trochę tajemnic dzielnicy rozrywki Susukino i ciemnych lasów Północnej Wyspy. Esej ten, chyba nawet bardziej niż inne, zachowuje równowagę pomiędzy subiektywnym spojrzeniem a ścisłymi faktami. Ten zamysł autorów książki bardzo uprzyjemnia lekturę. Po prostu, przyjemne z pożytecznym. Co więcej, czytelnikowi oferuje się też spojrzenie z ‚drugiej strony barykady’ – wśród autorów z tamtejszej polonii znajdą się też pomagający im Japończycy, wzbogacając „Hokkaidō” o zupełnie inną perspektywę.

Kończąc i podsumowując, jest to na pewno jedna z najlepszych tegorocznych publikacji o tematyce japonistycznej, którą wypadałoby posiadać w swojej biblioteczce. A na małe niedopatrzenia lepiej przymknąć oko, czym bowiem one są w obliczu obalonych mitów, a w szczególności tego, że Polacy na obczyźnie współpracować nie potrafią, a Japończycy to kosmici, którzy nie potrafią okazać emocji. Oby tak dalej.

Agnieszka Gorońska

Hokkaido. Japonia bez gejsz i samurajów.
dzieło zbiorowe, pod redakcją Piotra Węgrzynowicza,
Wydawnictwo Mantis, Olsztyn 2006