Przepraszam, czy to chińska książka…?

[15 grudnia 2003]

„Przepraszam, czy to chińska książka…?” – albo przypadki skonfundowanego japonisty

    Za każdym razem, gdy przyjdzie mi jechać do domu (bądź w kierunku przeciwpołożnym), modlę się o dofinansowanie na Inter City. Burżujstwo? Nigdy w życiu… Owszem, mój kręgosłup popada w stan skrajnej ekstazy, gdy wspomni fotele lotnicze – ale ten aspekt pozostaje na drugim planie wobec najbardziej pożądanego dobra, jakim jest PRYWATNOŚĆ PODCZAS PODRÓŻY. Załóżmy hipotetycznie, że odbywam swoją zwykłą pielgrzymkę w kierunku Poznania pociągiem pośpiesznym, rozleniwiona po kilkudziesięciu godzinach spędzonych w domowych pieleszach (pełna lodówka, miękka woda w kranie, nowości wydawnicze uśmiechające się zalotnie z półek), a w mojej głowie rysuje się coraz wyraźniej obraz kolokwium/testu/zaliczenia, na które umiem dokładnie tyle samo, co przed wyjazdem, a może nawet mniej. Pokrzepiona myślą o trzech godzinach konstruktywnego wkuwania znaków/słówek/regułek gramatycznych, wyciągam z niezgłębionych trzewi plecaka notatki, lub – co gorsza – kserokopie materiałów… i zaczyna się. -Pani uczy się chińskiego? -Nie, proszę pana, japońskiego. -Aha… To chyba musi być trudne, ten chiński…? … -Przepraszam, ale co pani czyta? Czy to jest coś chińskiego, czy tylko przełożyła pani okładkę? -Mogłaby pani przeczytać coś na głos? Tak, oczywiście. Siedzę grzecznie, uśmiecham się przez zęby i widzę oczami wyobraźni różne wyrafinowane narzędzia tortur. Jestem przy tym zirytowana bardziej własnymi reakcjami (!) niż pytaniami samymi w sobie. Od kiedy usłyszałam od kogoś, że Tokyo leży NA KONTYNENCIE AZJATYCKIM, przyjęłam sobie za cel „uświadamianie” społeczeństwa w kwestii różnic między Chinami a Japonią (nie mówiąc już o Korei, Wietnamie i tym podobnych egzotykach), zwłaszcza jeżeli idzie o język – i oto, proszę bardzo, jakaż wspaniała perspektywa otwiera się przede mną! Czemuż, ach, czemuż się nie cieszę? Kiedyś usiłowałam wytłumaczyć mojemu przyjacielowi, doktorantowi na fizyce PW, że temat jego badań brzmi dla mnie równie egzotycznie i niezrozumiale, jak dla niego tytuł dowolnej czytanki z mojego pierwszego podręcznika. Sporo czasu zajęło mi przekonanie go, że to, czym się zajmujemy, to dwa osobne wszechświaty, których nigdy nie pojmiemy nawet w niewielkim stopniu; ani on, ani tym bardziej ja, nie czujemy, że robimy w życiu coś ‚wielkiego, ważnego i skomplikowanego’. Nie przeczę, postronny obserwator, którego informuję z miłym uśmiechem, że to, co właśnie czytam, to japoński przekład „Alchemika”, może mnie wziąć za nie do końca zdrową psychicznie, i okazać pewne zainteresowanie ową cokolwiek niecodzienną aktywnością umysłową, proszę bardzo, czuję „powołanie” w kierunku tego, co robię, i wszystko byłoby dobrze… Tylko dlaczego odnoszę wrażenie, że w oczach tych wszystkich ludzi plasuję się na poziomie normalności kosmity? Szanowni Czytelnicy, jeżeli nie macie nic wspólnego z Japonią w życiu prywatnym czy też zawodowym, a miast tego orient-ujecie się doskonale w aktualnych zagadnieniach ekonomii światowej lub praktycznym zastosowaniu całek (?), niech mi będziecie wolno wyrazić nadzieję, że przy najbliższym spotkaniu z Wami wymienimy się naszymi bogatymi doświadczeniami, i rozejdziemy w pokoju, podbudowani myślą, jak różnymi rzeczami można się w życiu zajmować. Budujmy cywilizację postępu na zrozumieniu, nie na wytykaniu bliźnim ich odrębności… Wasza, nastawiona niewiarygodnie prospołecznie, tree_she.

Karolina Kuran

Cały tekst, podobnie jak wszystkie publikacje Koła Naukowego Japonica Creativa, objęty jest prawami autorskimi.