Autostopem przez Japonię

 

Komedia w I Akcie. Odsłona 1.
Występują: A – życzliwy kierowca (Japończyk), B – autostopowicz (Polak)
A: No, ostatnio nie często spotyka się autostopowiczów. Skąd pan pochodzi?
B: Ach tak? Nie wiem, nie widziałem ostatnich statystyk. Z Polski, to w Europie.
A: Aaa… Portugalia… Tak, tak, znam. Kiedyś syn sąsiada tam pojechał.
B: Nie, no mówię przecież – Polska…
A: No wiem, wiem. To w Europie prawda?
B: Tak, rzeczywiście… -_-”
A: Mówicie tam po angielsku, co nie?
B: Yyy… znaczy się, wszyscy uczą się w szkole, ale językiem urzędowym jest język polski.
A: O, naprawdę? Ciekawe. A jak jest po portugalsku „konnichiwa”, albo „arigato”?
B: „Dzień dobry” i „dziękuję”.
A: O, ciekawe! Z lingwistycznego punktu widzenia patrząc, wszystkie wyrazy, przy których człowiek się kłania, w języku portugalskim zaczynają się na „dzie-„! Co za odkrycie!
B: Tak, rzeczywiście… -_-”

Naukowe podstawy autostopu
Według Davida S. Landesa, profesora Harvardu ludzkość od zarania dziejów dzieliła się na bogatych i biednych1. O ile stwierdzenie to samo w sobie nie jest zbytnio odkrywcze, to taki – prosty i niezaprzeczalny – podział świata stwarza bogaty grunt pod różnego rodzaju spostrzeżenia. Oczywiste jest, że powyższy podział dzieli ludzkość nie tylko pod kątem zasobu kiesy. Wprowadza również powiązane z nim inne podziały, jak dostęp do oświaty, poziom wygody życiowej, zróżnicowanie diety, etc. W relacji międzyludzkiej, w której wspólnym mianownikiem jest jakaś cecha, przeważnie ktoś jest w tę cechę zasobniejszy. Ujawnienie się tego podziału w przykładowej relacji (np. konwersacja) wyzwala w nas wiele ciekawych reakcji. Często powstaje wówczas bariera trudna do przekroczenia. Różnica staje się jasna (wcześniej lub później) poprzez wzajemną analizę sposobu mówienia, ubrania, zachowania, czy posiadania dodatkowych atrybutów (np. pan A – w BMW spotyka się na światłach z panem B – w Fiacie 126P; pan A jest zasobniejszy we wspólną im obu cechę „klasa posiadanego samochodu”). Po ujawnieniu się bariery natychmiast automatycznie reguluje się wzajemny stosunek obu stron. W Japonii często do momentu określenia statusu współrozmówcy (nie zawsze widocznego na pierwszy rzut oka, jak w przypadku tapicerki samochodu) nie podejmuje się żadnych zobowiązujących rozmów. To często jest wynikiem nieporozumień z gajdzinami, którzy chcieliby przy pierwszym spotkaniu, bez tej – jakże ważnej – „gry wstępnej”, od razu… przejść do rzeczy. Po uściśleniu statusu obu stron (dla uproszczenia nazwijmy ich: Zasobniejszy/ Silniejszy – pan A i Mniej zasobny/ Słabszy – pan B), do konwersacji przesyłane są (świadomie lub nie) różne dodatkowe informacje. Jedną z nich, jest podkreślanie swego statusu przez stronę A. Skutkuje to tym, iż pan A wynosząc samego siebie wyżej, daje jednocześnie do zrozumienia panu B o swojej wyższości. B zauważa to i często zdarza się, że staje się to dla niego na tyle deprymujące i frustrujące, iż od razu zaczyna dążyć do zakończenia konwersacji (no bo przecież kto by chciał rozmawiać z jakimś bufonem). Takie reakcje zachodzą na podstawowym poziomie relacji międzyludzkich i często są nieświadome. Jednak zdarza się, iż, by uzyskać coś od pana A, świadomie stawiamy się wyraźnie w położeniu B. Na przykład… gdy podróżujemy autostopem. Czekając na poboczu drogi, by ktoś nas zabrał łaskawie do samochodu, z miejsca (co w założeniu jest niezwykle sprytne) dajemy przejeżdżającym kierowcom do zrozumienia, iż jesteśmy zdani na ich łaskę. To oni są tu „zasobniejsi” (w tym przypadku w cechę „prędkość i wygoda poruszania”). To jasne, że gdybyśmy powiedzieli kierowcy, który już zdecydowałby się nas podwieźć, iż tak naprawdę jesteśmy bogaci, a stopem jeździmy dla zabawy – atmosfera w samochodzie mogłaby się nieco zagęścić i to nie z powodu złej wentylacji spalin. Kierowca mógłby poczuć się zrobiony w „bambuko” i stracić ochotę do dalszej pomocy. Dlatego też w trakcie „hiczhajkowania” poruszane winny być jedynie tematy neutralne i nie wywyższające samych siebie (autostopowiczów). Japończycy idą tu jeszcze dalej i, wiedząc jak małe jest prawdopodobieństwo ponownego spotkania z autostopowiczem, często nawet nie wysilają się, by przedstawić się z imienia, czy nazwiska. W atmosferze anonimowości człowiek może pozwolić sobie na więcej swobody, a nie ma nic gorszego, jak atmosfera sztywności i sztuczności w małym samochodzie. Natomiast przy niezobowiązujących rozmowach milej i szybciej płynie czas, a przecież właśnie o to chodzi. 

Komedia w I Akcie. Odsłona 2.
Występują: A – życzliwy kierowca (Japończyk), B – autostopowicz (Polak)

A: Długo pan w Japonii?
B: Nie, dopiero miesiąc.
A: Oo! I w miesiąc się pan nauczył języka?
B: Nie, no, uczyłem się już wcześniej -_-”
A: Aaa… Znaczy jest pan u nas studentem?
B: Tak, można tak powiedzieć.
A: Taak, czasy studenckie. Ja też w czasie studiów jeździłem autostopem. Byłem backpackerem.
B: Tak? O, a długo?
A: Nie. W zasadzie, to… raz. Znaczy się, jak studiowałem, to raz musiałem pojechać do domu stopem.
B: Musiał pan?
A: A tak w ogóle, to jak ci się podoba Japonia, co? Niedługo będzie święto sztucznych ogni. Koniecznie obejrzyj – w Osace są najpiękniejsze. I gejsze wychodzą wtedy nad rzekę!
B: A, gejsze, tak…? -_-”

Lingwistyczne podstawy autostopu

Definicja autostopu jest zawsze podobna i można ją streścić w jednym zdaniu, jako „podróż za darmo, poprzez korzystanie z uprzejmości kierowców”. Zbitka słowna auto-stop, powstała u nas w czasach PRL’u jest raczej neutralna i nie niesie ze sobą żadnego dodatkowego znaczenia. Oznacza po prostu „zatrzymywanie samochodów”2. Angielski odpowiednik tego słowa ma już o wiele bogatszą przestrzeń znaczeniową. Wyraz „hitchhike” składa się z dwóch członów. „Hitch” – oznacza poderwać coś, wynieść coś tak, by stało się widocznym dla innych (np. palec w górę, nad jezdnię); ale niesie ze sobą również pejoratywne znaczenia, jak „przyczepić” (-się, do kogoś), lub nawet „hajtnąć” (w znaczeniu „wziąć ślub”). „Hike” – znaczy długi spacer, długą podróż na prowincję, ale również „zryw” (np. w wyrażeniu „Take a hike!” = „Weź, zrywaj się!”, czyli dokładnie: „Idźże w podróż!”, dajemy współrozmówcy delikatnie do zrozumienia, że nie odpowiada nam jego towarzystwo). Japończycy natomiast nie wykształcili swojego odpowiednika tego wyrazu. Mamy więc ułomnie brzmiące zapożyczenie „hicchihaiku”. A jednak już definicja tego zapożyczenia w słownikach języka japońskiego może dostarczyć nam paru ciekawych informacji, jak Japończycy zapatrują się na autostop. Na pierwszy rzut oka jest podobnie. „Darmowa podróż poprzez korzystanie z uprzejmości kierowców jadących w tym samym kierunku”. A jednak. W wyrażeniu „darmowa podróż” (musen ryokou) pojawia się interesujący człon „mu-sen”, w którym „mu” oznacza „bez-„, a „sen” to rodzaj waluty wybijanej w epoce Edo (później określano tak setną część jena). W sumie można by więc przetłumaczyć „musen ryokou” jako „podróż bez jednego sena”, lub „podróż bez grosza przy duszy”. To już sugeruje, że do takiego rodzaju podróży zmusić Japończyka może tylko faktyczny brak finansów na „normalną” podróż. Dodatkowo jednak pod tym powierzchownym znaczeniem „darmowości” chowa się negatywnie nacechowane znaczenie „uciekania od płatności” (np. wyrażenie „musen-inshoku” oznacza ucieczkę z restauracji bez płacenia rachunku za posiłek). Jak widać, autostopowicz jest w Japonii z góry skazany na negatywne znaczenie osoby, która „jest potwornie biedna i prosi o łaskę kierowców” (budzi litość, więc wypada mu pomóc), ewentualnie – „darmozjada, który chce uniknąć płacenia za przejazd” (nie zna wstydu, więc trzeba dać mu przykład dobrego wychowania i pomóc). To pobieżne wyjaśnienie mogłoby tłumaczyć, czemu autostop jest tak mało popularny wśród samych Japończyków. „Po co chcesz jeździć stopem, skoro, możesz pociągiem?” – Naoshi (znajomy z Tokio, patrz poprzednie części „Wynurzeń…”) nie mógł zrozumieć płonącego w mych piersiach zewu przygody. A jednak, taki sposób spędzania czasu staje się popularniejszy z sezonu na sezon wśród studentów zagranicznych (szczególnie z Europy i Ameryki), ponieważ, co wydawać się może nielogiczne, Japończycy niezmiernie chętnie zabierają „na pokład” swoich Hond i Toyot młodych ludzi o okcydentalnych rysach twarzy (raczej nie czeka się na okazję dłużej niż 10, 15 minut). Na dodatek taka przygoda jest w Japonii teoretycznie w 99,9% bezpieczna (teoretycznie, bo w praktyce nasz kciuk może natknąć się na różnych dziwaków). Wszystko to jest potwierdzeniem żywotności i uniwersalności tezy prof. Landesa. Być może poturbowani po Drugiej Wojnie i zakompleksieni dotychczas ekonomicznie Japończycy teraz, gdy stali się już potęgą gospodarczą szukają każdej możliwej okazji do zaprezentowania swej wyższości nad „gośćmi z zagranicy”. Taki sposób myślenia jest oczywiście do niezauważenia wśród młodzieży japońskiej, jednak obecne pokolenie jest dopiero trzecim po wojnie, co oznacza, że pokolenie ludzi pamiętających jeszcze upokorzenie cesarza Showa – „boga na ziemi” – przez Zachód wciąż żyje i wywiera wpływ na dzieci i wnuki.

———-

1 David S. Landes „Bogactwo i nędza narodów”, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA Warszawa 2000.
2 Ciekawy artykuł o autostopie w czasach „słusznie minionych”, napisany przez Wojciecha Orlińskiego, znajduje się na stornie encyklopedii Gazety Wyborczej pod adresem: http://muzeum.gazeta.pl/Iso/Raporty/Muzeum/100rap.html (za Gazeta Wyborcza, z 12 VII 2000)

 Część 2

 Część 3