![]() |
STRONA GŁÓWNA | AKTUALNOŚCI | JAPONIA | KULTURA | VARIA | LINKI | ARCHIWUM | STUDIA |
![]() |
|
[22 czerwca 2006] O EXPO luźnych myśli kilka Tradycja Wystaw Światowych liczy sobie już ponad 150 lat. Pierwsza tego typu wystawa została zorganizowana w 1851 roku w Crystal Palace w Londynie. Zapoczątkowała ona szereg imprez międzynarodowych, aż do tej w minionym 2005 roku w Japonii, prefekturze Aichi, mieście Nagoya. Od roku 2000 uniwersalne wystawy organizowane są co 5 lat. Następna odbędzie się na terenie Chińskiej Republiki Ludowej, w Szanghaju. O organizację EXPO właśnie w 2010 roku starał się również Wrocław. Niestety, tak jak z organizacją olimpiad, mistrzostw czy innych ważnych imprez międzynarodowych, nie mieliśmy szans wygrać z konkurentami z tych samych powodów, dla których ominęły nas dwa lata temu wielkie inwestycje w branży samochodowej. A walczyć jest niewątpliwie o co. Wymiana kulturowa, ogólna promocja kraju, który organizuje taką wystawę, zastrzyk finansowy i wiele innych aspektów to gra warta świeczki. Specyfiką ostatnich Targów Światowych jest to, że odbyły się one w kraju bardzo odległym i orientalnym tak naprawdę dla większej części świata, w kraju bardzo hermetycznym. Chociaż pewnie przed osławioną panią Bator Japonia nie kryje już żadnych tajemnic. Tematem przewodnim wystawy EXPO 2005 było hasło „Mądrość Natury”. A więc, jak możemy się łatwo domyślić, organizatorzy tego przedsięwzięcia wpakowali tyle nowoczesnej technologii, ile się dało. Po raz kolejny mogliśmy się przekonać jak Japończycy łatwo połączyli z pozoru przeciwstawne idee Natury i Techniki. Można było na przykład zapytać androida o informacje na temat EXPO, lecz niestety nie o wszystkie. Kiedy zapytaliśmy, co robot wie o polskim pawilonie, odpowiedzią było... „no response”! Pani, która chroniła androida przed ciekawskimi dzieciakami nie wiedziała jak nas przepraszać i nie będzie przesadą stwierdzenie, że zrobiła to w iście japoński sposób. Można było również (oczywiście za stosowną opłatą) przejechać się autobusem napędzanym na wodór, a kierowanym przez pluszowe maskotki Morizzo i Kikkoro, które, jak się później okazało, były jedyną klapą całej imprezy. Dzieciom w zdecydowanej większości nie podobała się parka i jej animowane przygody, co nie oznacza oczywiście, że Japończycy co dzień nie zostawiali w kasach sklepowych na terenie targów grubych milionów jenów kupując gadżety z Kiccoro i Morizo. A że według oficjalnych danych na teren EXPO przez 185 dni weszło 22,049,544 zwiedzających, można wyobrazić sobie skalę zjawiska. Wyniki finansowe oraz liczba zwiedzających znacznie przekroczyły oczekiwania organizatorów. Nauczeni doświadczeniem z poprzedniej Wystawy Światowej w Hanowerze, do której Niemcy musieli dokładać, założyli, że żeby impreza się zwróciła pod względem finansowym, to na teren EXPO musi wejść około 13 mln. odwiedzających. Wynik ponad 22 mln. gości okazał się zupełnym zaskoczeniem dla wszystkich, a szczególnie dla organizatorów. Z tego też względu zaryzykować można twierdzenie, że dla wystawców ze 121 państw, organizacji międzynarodowych, pawilonów korporacji japońskich, które brały udział w Targach, impreza okazała się wielkim sukcesem. Nie inaczej rzecz się ma z polską ekspozycją. Została ona przygotowana pod hasłem „Dostrzeż piękno”. Obejrzało ją około miliona zwiedzających! Malkontenci twierdzą, że stało się tak, ponieważ gdzieś musieli się upchać wszyscy goście, którzy dziennie przybywali w sile średnio 120 tysięcy. Na drugim biegunie mamy ludzi, którzy twierdzą, że polska prezentacja była tak piękna, dopracowana i świetnie zorganizowana, że taki wynik był pewny. Brakuje tutaj tylko jeszcze jednej strony - pawilon polski był widoczny w japońskich mediach dzięki pawilonowemu PR tworzonemu przez panów Mariusza Łatę oraz Piotra Rudzkiego, którzy zdecydowanie przyczynili się do odniesionego sukcesu. Patrząc z perspektywy odwiedzającego, wizyta na EXPO jest niezwykle męcząca, nudna i bardzo kosztowna. Składa się w zasadzie z wyczekiwania w kolejkach i kupowania pamiątek. Szczególnie pod koniec Wystawy, kiedy na EXPO wchodziło ponad 200 tysięcy osób, zdarzało się nie raz, że ludzie koczowali całą noc pod bramami! Zaraz przed rozpoczęciem kolejnego dnia targów sytuacja wyglądała nie przymierzając tak, jak w skeczu kabaretu Ani Mru Mru o otwarciu supermarketu... Stary, chory, ślepy, chromy, na wózku czy z wózkiem - wszyscy rzucają się co sił w nogach lub rękach na biedną obsługę, która o 9:00 nad niczym już nie panowała. Pierwszym obowiązkowym przystankiem był pawilon narodowy Japonii, gdzie czas oczekiwania przekraczał często 3, 4 godziny w upale lub strugach deszczu. Tak mijał czas do około 13, a więc czasu na posiłek, najlepiej w jakiejś pawilonowej restauracji (z początku organizatorzy rzeczywiście obawiali się, że impreza może się nie zwrócić, więc zabroniono wnosić na teren EXPO jakiekolwiek jedzenie!). Po posiłku można było kontynuować poszerzanie swoje horyzontów myślowych, poznawanie obyczajów i obcych kultur. Czyli... ustawić się do kolejnej kolejki! I tak mijał cały dzień na międzynarodowych Targach EXPO. Ale to nie koniec męki! Został jeszcze powrót do domu, czyli najpierw kolejka do wyjścia, później do wind, autobusów, kolejki, która dowoziła do metra i przy pomyślnych wiatrach po 6 godzinach w końcu w domu! Cóż za udany dzień! Dużo ciekawiej sprawa wyglądała oczywiście od kuchni (chociaż nie polskiej restauracji) - od strony obsługi Wystawy. W tym wypadku śmiało można powiedzieć, że odbywały się prawdziwe TARGI, w których nie chodziło wcale o pieniądze. Tutaj liczyła się wiedza, doświadczenie, zainteresowania. Tutaj spełniały się założenia EXPO - zawiązywały się przyjaźnie, ludzie uczyli się od siebie nawzajem: angielski za tango, chiński za japoński, dobra impreza za dobrą imprezę. A ponieważ jedną z podstawowych dziedzin, która łączy ludzi na całym świecie jest oczywiście sport, a ściślej rzecz biorąc piłka nożna, w czasie trwania EXPO zorganizowane zostały 3 turnieje futbolowe dla obsługi pawilonów, w których naturalnie nie zabrakło też polskiej reprezentacji. Najdalej dotarła ona do ćwierćfinałów, ale reprezentacja kobiet EXPO United, która składała się z obsługi żeńskiej pawilonów Argentyny, Meksyku i Polski zdobyła mistrzostwo świata EXPO! Kto nie życzyłby sobie takich sukcesów na mundialu... Naturalnie esencją całego wyjazdu były kontakty z Japończykami, zarówno z odwiedzającymi, dla których my byliśmy gospodarzami w pawilonie, jak i z japońską obsługą, która była dla nas gospodarzami na targach. Każdy dzień przynosił nowe nieoczekiwane sytuacje, zachowania zwiedzających, niekiedy stresujące, niekiedy zabawne. Ciekawiej niewątpliwie układały się stosunki z japońską obsługą targów. W miarę trwania EXPO można było zaobserwować stopniową zmianę w ich zachowaniu, myśleniu, odejście od sztywnych ram wytyczonych przez zwierzchników, otwarcie się na innych, i w końcu przezwyciężenie stereotypów i zaakceptowanie tego, że obcokrajowiec może całkiem sprawnie posługiwać się językiem japońskim! Niestety nie udało się tego osiągnąć w kontaktach z gośćmi przychodzącymi na co dzień do pawilonów zagranicznych, którzy porozumiewali się z obsługą często na migi. Większość personelu japońskiego pracowała bez cienia entuzjazmu, automatycznie. Chociaż jak inaczej można wykonywać pracę, która polega na machaniu cały dzień świecącą pałką? Tak! Machaniu świecącą pałką w celu wskazania gościom kierunku zwiedzania! Jest to tak zwana „niepotrzebna siła robocza”, o której pisał Woronin. Sytuacja nie do pomyślenia w Polsce, czy innym kraju, a w Japonii jest zupełnie naturalna. Wyobraźmy sobie taką sytuację - na jednej ze stacji Linimo (kolejka na poduszce magnetycznej) stoi 5 pracowników krzyczących którędy do wyjścia, kiedy wokół nas znajduje się 15 oznaczeń, kierujących nas do jedynych schodów na peronie! Cóż za bezsensowne zajęcie! Z drugiej strony, jest to jakaś metoda na bezrobocie, które wedle oficjalnych statystyk sięga zaledwie około 5%. Można sobie oczywiście okrutnie żartować z Japończyków, czy ich podejścia do wielu spraw, ale EXPO nie miałoby prawa bytu bez tolerancji i starań, by zrozumieć innych. W takiej mieszance kulturowej, językowej czy mentalnej konfrontacje były nieuniknione. Jednak, co najważniejsze, każdy z uczestników Wystawy Światowej 2005 akceptował innych takim, jacy są. Nie miały miejsca incydenty na tle rasowym, religijnym, kulturowym, w dzisiejszych czasach na porządku dziennym. Nawet kiedy na szczeblu oficjalnym dochodziło do konfliktów, pomiędzy obsługą pawilonów nie było żadnych sporów. Tak było na przykład w czasie wizyty prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki na terenie Targów. Oczywiście nie złożył on wizyty w pawilonie Federacji Rosyjskiej, pomimo, że pawilony Ukrainy i Rosji były dosłownie „drzwi w drzwi”, a odwiedził pawilon Polski, dając tym samym dyplomatycznego prztyczka w nos Rosji. Tymczasem stosunki pomiędzy obsługą tych pawilonów układały się bardzo przyjacielsko, do tego stopnia, że w jednym z turniejów futbolowych Rosja i Ukraina wystawiły wspólną drużynę! EXPO rzeczywiście daje możliwość poznania obcych kultur, innego sposobu myślenia, postrzegania świata, jednak tak naprawdę w dobie komercjalizacji i konsumpcji utrwala wiele stereotypów na temat każdego z państw, naturalnie, w miarę możliwości - tych pozytywnych. Celem reprezentantów każdego kraju było stworzenie wyobrażenia, że dany produkt, czy część dziedzictwa kulturowego są charakterystyczne tylko dla danego państwa. A więc Włochy to tylko pizza, Argentyna – tango, Egipt – piramidy, Rosja podbijająca kosmos, Korea Południowa to kraj Yon-samy itd. Wszystko to tak naprawdę mamy w zasięgu ręki w dobie globalizacji (no może poza piramidami z Egiptu). Dodawać nie trzeba, że wystawcy nie dbali o „Mądrość Natury”, ale o przyciągnięcie chociaż części japońskich turystów do swojego kraju. Polska jest jednym z krajów, które w ogóle nie istnieją w świadomości Japończyków, więc należało stworzyć jakiś „pozytywny stereotyp”. Czy to się udało, nie wiem, należałoby przeprowadzić osobne badania na ten temat, lub najprościej sprawdzić czy dzięki udziałowi Polski w EXPO zwiększyła się liczba Japończyków, którzy odwiedzili Polskę z innej okazji, niż konkurs Chopinowski. Ale daje do myślenia fakt, że ruszył eksport piwa Tyskie do Japonii, że w samolotach linii lotniczych ANA przez miesiąc podawane było polskie menu. Za 4 lata, kiedy kolejne miliony ludzi przyjdą obejrzeć wystawę EXPO Szanghaj
2010 i możemy być pewni, że tak jak w Hanowerze, czy Nagoya, tak i tam będziemy mogli
zobaczyć polską ekspozycję z kopalnią soli w Wieliczce, usłyszymy muzykę Chopina oraz
zjemy „polski bigos”. Skoro przepis na sukces jest tak prosty i od wielu lat się
sprawdza, to dlaczego nie? Marek Wydrzyński
|
![]() |