STRONA GŁÓWNA | AKTUALNOŚCI | JAPONIA | KULTURA | VARIA | LINKI | ARCHIWUM | STUDIA

O NAS| KSIĘGA GOŚCI | KONTAKT | KTO JEST KIM   

[11 marca 2008]

Program Powrotu do Japonii

Ponad miesiąc mieszkania w domu japońskiej rodziny. Ciągłe używanie języka w rozmowach, w dyskusjach z uczniami japońskich szkół, na seminariach i zajęciach. Wizyta w Urasenke i herbata podana przez samego mistrza Sen Sōshitsu XVI. Zwiedzanie Kioto - Złoty Pawilon, Kiyomizudera, Tenryū-ji. Spotkanie z człowiekiem, który przeżył atak atomowy w Hiroshimie. Wizyta u gubernatora Tokio. Prywatna lekcja u właściciela Toraya - jednej z najstarszych wytwórni japońskich słodyczy. Cały dzień w tokijskim Disneylandzie. Czy to tylko piękny sen miłośnika Japonii? Nie. To program zeszłorocznego Szczytu Języka Japońskiego zorganizowanego przez Japan Return Programme.

Już troje studentów poznańskiej japonistyki to członkowie organizacji non-profit Japan Return Programme (JRP) dającej każdemu młodemu człowiekowi znającemu japoński szansę udziału w tzw. Szczycie Języka Japońskiego, czyli miesięcznym wakacyjnym programie naukowo-krajoznawczym zakończonym dyskusją panelową z udziałem znanych japońskich publicystów. Wojciech Nowak, obecnie doktorant na UAM, uczestniczył w szczycie w roku 2004, pisząca te słowa Marta Newelska, obecnie stypendystka na Uniwersytecie Ochanomizu w Tokio, była panelistką w roku 2007, a Małgorzata Żurawska, studentka IV roku, weźmie udział w szczycie 2008. Co ciekawe, o ile Polskę reprezentują w organizacji tylko studenci japonistyki, o tyle większość uczestników programu (kilkanaście osób rocznie) uczyła się języka równolegle z innym kierunkiem studiów lub ma dalekie japońskie korzenie.


Motywy

JRP pierwszy szczyt zorganizowała w roku 1999, a do Polski wieści o tej inicjatywie dotarły cztery lata później wraz z ogłoszeniem o rekrutacji na rok 2004. Ówczesny panelista, Wojciech Nowak wspomina to tak: O programie JRP dowiedziałem się od naszej nauczycielki, pani Norkio Yamasaki, stażystki JICA, która ogłosiła nabór na zajęciach z praktycznego japońskiego. Uczestnictwo w programie otwierało przede mną możliwości wyjazdu do Japonii, który nie byłby wyłącznie pobytem "tam", ale także przedsięwzięciem twórczym i rozwijającym, nie tylko (choć przede wszystkim) w sferze językowej.

Zasadniczym celem szczytu jest dyskusja na temat pokoju na świecie i temu tematowi poświęcone są wszystkie seminaria przygotowujące do ostatecznego wystąpienia. Od panelistów wymaga się zdecydowanych, przemyślanych opinii oraz ciągłego zastanawiania się nad politycznymi, społecznymi i ekologicznymi problemami współczesnego świata i wymóg ten jest traktowany bardzo poważnie. Dlatego nie jest to program dla kogoś, kto nie wyobraża sobie spędzenia miesiąca na podobnych rozważaniach, a oczekuje tylko zwiedzania Japonii.

Mimo to motywacja większości uczestników (nie tylko z Polski) była podobna do zdania Wojciecha - zgłaszaliśmy się do programu przede wszystkim po to, by wyjechać co Japonii, a nie dlatego, że była to okazja do dyskusji o pokoju na świecie. Koledzy z mojego roku 2007 przyznali nawet w jednej szczerej rozmowie, że gdyby taki szczyt miał się odbywać poza Japonią, to pewnie by się nie zdecydowali.

Nie jest to oczywiście nic nagannego, jako że celem całej działalności JRP jest wymiana kulturowa z zagranicą, a w tym lepsze zrozumienie japońskiej kultury przez młodzież, która w przyszłości stanie się pomostem między Japonią a światem, parafrazując oficjalny statut organizacji. Stąd też poza zajęciami przygotowującymi do dyskusji, w programie są również wycieczki krajoznawcze, spotkania z ważnymi osobistościami, a przede wszystkim stały kontakt z tamtejszymi zwyczajami dzięki mieszkaniu u japońskiej rodziny. Ponadto warunkiem udziału w Szczycie jest znajomość języka japońskiego, co świadczy o tym, że nie jest to oferta skierowana do osób zainteresowanych wyłącznie światowym pokojem.


Rekrutacja

Od początku istnienia programu rekrutacja zaczyna się od napisania eseju na temat przewodni danego Szczytu, zawsze związanego z pokojem na świecie. W przypadku Wojciecha był to "Młodzież i pokój". Ja pisałam na temat "Pokój - przekraczając granice między narodami", a Małgorzata - "Język i pokój". Do pisania eseju byłem przygotowany przez nasza kadrę (ukłony w stronę Pani Chie Fukai), której to zajęcia z pisania wypracowań zapewniły mi warsztat pracy. Jeżeli chodzi o treść, również nie miałem (większych) problemów. Pisanie eseju nie było jednak przysłowiową "bułką z masłem" i wymagało sporego nakładu pracy. - wspomina Wojciech, który podjął wyzwanie jako student drugiego roku. Ja i Małgorzata wysłałyśmy nasze wypracowania na czwartym roku. Napisanie eseju nie przekracza możliwości studenta drugiego roku. - uważa Wojciech i rzeczywiście w eseju bardziej od wyszukanego słownictwa i skomplikowanej gramatyki liczy się treść, czyli wyraziste opinie oraz świeżość myślenia. Poza tym obowiązkiem jest posiadanie nauczyciela prowadzącego, którego opinię o sobie należy dołączyć do podania, i który również poprawia esej przed wysłaniem, dlatego gramatyka jest tutaj mniejszym problemem niż pomysł. W tym miejscu ja i Małgorzata dziękujemy serdecznie Pani Maho Ikushimie za cierpliwość w prowadzeniu naszej rekrutacji.

Jeżeli esej się spodoba, przechodzimy do kolejnego etapu, czyli nagrania trzyminutowego video, w którym streszczamy poglądy przedstawione w wypracowaniu. Wojciech: Mówienie do "szklanego oka" było dla mnie wielce stresuje, zwłaszcza że jak obwieściła mi moja nauczycielka prowadząca, pani Yamasaki, "Baterie są na wyczerpaniu, wiec byłoby dobrze, gdyby udało ci się powiedzieć wszystko poprawnie już za pierwszym razem." Ja: I powiedziałeś? Wojciech: Powiedziałem. I bez sprawdzenia wysłałem, aby oszczędzić sobie dalszych nerwów.

U Wojciecha rekrutacja skończyła się na tym etapie. Ponieważ jednak w ostatnich latach liczba kandydatów na panelistów znacznie wzrosła, i ja, i Małgorzata przechodziłyśmy jeszcze trzeci etap - rozmowę telefoniczną z szefową organizacji, panią Miyoko Ikezaki. Ja rozmawiałam o moich zainteresowaniach, rodzinie, narzeczonym i na końcu dwa zdania o moich poglądach wyrażonych w eseju.


W Japonii

Wyniki rekrutacji znane są na przełomie stycznia i lutego. Od tego czasu do wyjazdu w czerwcu lub lipcu (daty zmieniają się co roku) każdy z 16 szczęśliwych panelistów zajęty jest różnorakimi przygotowaniami - ubezpieczenie podróżne, tradycyjny strój narodowy, ćwiczenia tańca lub piosenki ludowej, nauka piosenki przewodniej organizacji itp., itd. Bilet lotniczy oraz koszty całego pobytu w Japonii dostajemy w prezencie od JRP. Ze swojej strony musimy mieć 60000 jenów (wg kursu w dniu 10.02.2008 prawie 1400 PLN). Połowa tej sumy to składka członkowska dla organizacji, a druga połowa to własne kieszonkowe. 30000 jenów to nic w porównaniu z kosztami, jakie pokrywa za nas JRP, dlatego składka nie ma znaczenia finansowego, ale raczej skłania nowego członka do docenienia wagi uczestnictwa w programie.

Miesięczny pobyt podzielony jest zazwyczaj na trzy etapy. Paneliści najpierw przez około tydzień mieszkają w Tokio u tzw. host family, czyli rodziny japońskiej, która zgodziła się przyjąć ich pod swój dach. Ten czas spędza się bardzo pracowicie na codziennych zajęciach, aby wyrównać poziom języka i nauczyć się pisania raportów i przemówień, gdyż umiejętności te są niezbędne w dalszej części programu. Jednocześnie od pierwszego dnia po przyjeździe pisze się pamiętnik - około strony A4 dziennie. Podczas mojego pobytu wybraliśmy się w tym czasie do japońskiej podstawówki i do męskiego liceum, gdzie przedstawialiśmy nasz kraj w formie przemówienia oraz dyskusji z uczniami. Poza tym dobrą szkołą przemawiania było przedstawienie się przed pełnomocnikami około dwudziestu ambasad na bankiecie inauguracyjnym, na którym wystąpiliśmy w strojach narodowych.

Kolejne dwa tygodnie paneliści spędzają w regionie poza stolicą, który zmienia się co roku. Rok temu było to miasto Kanazawa w prefekturze Ishikawa, a w tym roku będzie to Nagasaki w prefekturze o tej samej nazwie. Podczas szczytu 2007 w drodze z Tokio do Kanazawy zrobiliśmy sobie wycieczkę krajoznawczą, zatrzymując się na jeden dzień w Hiroshimie i jeden w Kioto. W Kanazawa zostaliśmy przydzieleni do nowych rodzin i rozpoczęliśmy dwa tygodnie niemalże nieprzerwanych seminariów dzień w dzień po dziewięć godzin z godzinną przerwą na lunch. Wolne mieliśmy tylko w weekendy, o których atrakcyjność dbały rodziny, oraz okazje, kiedy odwiedzaliśmy lokalne szkoły i spotykaliśmy się z prezesami sponsorujących nas firm. Wreszcie w przeddzień powrotu do Tokio odbył się pierwszy z dwóch Szczytów, a po nim wystawne przyjęcie pożegnalne, podczas którego paneliści zaprezentowali gościom swój rodzimy folklor.

Ostatni tydzień w Tokio, poza kilkoma spotkaniami z politykami, zajęły nam intensywne przygotowania do końcowego wystąpienia, które było głównym celem całego miesięcznego programu. Po szczycie w Tokio, przyjęciu pożegnalnym oraz wizycie w Disneylandzie paneliści zaczęli wracać do swoich krajów.


Ciężka praca

Zdarzyło nam się kilka razy ponarzekać na zbyt dużo pracy. Atmosfera była szczególnie gorąca przed obydwoma szczytami - w Kanazawie siedzieliśmy na uczelni (bo zajęcia mieliśmy na uniwersytecie) do godziny 21 szlifując nasze przemówienia. Przez pierwszy tydzień w Tokio zajmowaliśmy się głównie przedstawianiem siebie i swojego kraju, co polegało na tym, że pisaliśmy tekst prezentacji, dowiadywaliśmy, gdzie jest źle, pisaliśmy od nowa, dowiadywaliśmy się, gdzie jest źle, od nowa… i tak aż do zadowalającego efektu.

Kiedy przedstawianie się mieliśmy już opanowane, zajęliśmy się dyskusją na temat pokoju przekraczającego bariery między narodami - pierwsze kilka zajęć poświęciliśmy słownictwu, a dalsze rozmowom, które miały dać nam pomysł na własne przemówienie. Założenie było bowiem takie, że na początku dyskusji panelowej podczas Szczytu każdy po kolei wygłasza około minutową mowę, w której wyraża swój główny postulat i rozwija go podczas właściwej debaty. Nasze postulaty musiały być konkretne do tego stopnia, że już po kilku pierwszych dniach wszyscy zaczęli szczerze nienawidzić słowa "konkretny". Chodziło po prostu o to, żeby nie mówić ogólnikami i kliszami w stylu: "Chcę pokoju na świecie i żeby nie było wojen", ale raczej zacząć do "Uważam, że osobiście, o własnych siłach jestem w stanie zrobić dla pokoju na świecie…" i podać swoje konkretne pomysły. Ja skupiłam się na rasizmie w Polsce i problemie nieświadomego powielania stereotypów, a więc umacniania uprzedzeń wobec obcokrajowców przez używanie na co dzień wyrażeń takich jak "sto lat za Murzynami" lub opowiadanie dowcipów o Żydach etc. i postanowiłam nie znać się na żartach i zwracać uwagę osobom w moim otoczeniu, kiedy powiedzą coś takiego.

Poza pracą nad wystąpieniem na Szczycie mieliśmy jeszcze przygotowania programu artystycznego na przyjęcia pożegnalne. Każdy z nas miał zaprezentować gościom coś z folklorystycznego repertuaru swojego kraju. Dzięki temu przez około trzy tygodnie przynajmniej raz dziennie śpiewałam "Jezus malusieńki" i "Hej, bystra woda", a inni tańczyli brazylijską sambę, koreański taniec z wachlarzami, grali na kirgiskiej mandolinie, recytowali turkmeński wiersz, śpiewali po estońsku, w kenijskim języku Kikuyu itd.

Zupełnie wykończeni wracaliśmy do domów, gdzie kochane host-mamy podawały nam pyszną japońską kolację, a po posiłku host-ojcowie mówili: "No! To teraz szybciutko do pokoju, masz godzinę, żeby napisać pamiętnik, a potem myć się i spać, bo o siódmej pobudka!" Raz w tygodniu oddawaliśmy po siedem stron pamiętnika. Mówiąc krótko: nie, to nie są wakacje.


Język

Mogę powiedzieć, ze z moim po-drugorocznym- japońskim nie odstawałem od grupy, a mój poziom zawansowania językowego porównywalny był z poziomem innych panelistów, którzy na naukę japońskiego poświęcili więcej niż dwa lata. - mówi Wojciech, którego odczucia podzielam. Ja podczas pobytu byłam po czwartym roku i często słyszałam od innych panelistów, że świetnie mówię po japońsku. Nie było to szczególnie świetnie, ale rzeczywiście (czasem nieco, czasem znacznie) lepiej od wielu uczestników do tego stopnia, że pomagałam im w pisaniu raportów i przemówień.

Zrównanie poziomów języka oznaczało, że czasem trzeba było zastępować pewne słowa ich prostszymi synonimami, żeby dyskusja była zrozumiała dla wszystkich. Jednak ogólnie nie mogę stwierdzić, że mój japoński się pogorszył - wręcz przeciwnie, ciągłe używanie języka i w mowie i w piśmie dodało mi płynności w posługiwaniu się nim, a słuchanie rodzimych użytkowników japońskiego dało mi pojęcie o odpowiednim używaniu słów i zwrotów tak, by brzmiały naturalne.

Co ciekawe, w mojej grupie na 15 osób (jedna była Japonką) tylko 4, licząc ze mną, studiowały japonistykę. 4 uczyły się jeszcze w liceum, ale nie zamierzały wybrać japonistyki na uniwersytecie. Ogólnie większość moich kolegów uczyła się japońskiego dodatkowo, z czego aż dwie osoby były na poziomie językowym podobnym do mojego, kiedy ja spędziłam cztery lata na nauce wyłącznie tego.


Rodziny

Ponieważ szczyt w Tokio odbywa się rokrocznie, niektóre host-rodziny miały już doświadczenie w przyjmowaniu u siebie panelistów JRP. Ja i koleżanka z Salwadoru byłyśmy już trzecimi gośćmi dla naszej stołecznej rodziny, która mogła się właściwie nazywać profesjonalną. I rzeczywiście, czuć było taką nieco profesjonalna atmosferę, szczególnie w porównaniu z niedoświadczoną rodziną w Kanazawie, gdzie czułam się jak w domu.

Większość z nas, i w Tokio i w Kanazawie dojeżdżała na zajęcia na własną rękę. Podczas pobytu w Tokio mieszkałam z koleżanką w sąsiedniej prefekturze Saitama i droga pociągami w jedną stronę z dwiema przesiadkami zajmowała nam ponad godzinę. Podobnie na lotnisko krajowe Haneda i inne punkty zbiórki jeździłyśmy same. Rano przy śniadaniu host-ojciec objaśniał nam trasę, przekazywał karteczkę ze stacjami przesiadkowymi i życzył powodzenia. Mimo że linii metra i ważniejszych tokijskich linii JR jest 13, nie zgubiłyśmy się ani razu. Dzięki tej szybkiej szkole nauki jazdy pociągami w tej chwili tokijskie metro jest dla mnie równie proste jak poznańskie tramwaje.

Rodzina tokijska jest mało wylewna, ale niezwykle życzliwa. Od października zeszłego roku studiuję w Tokio na rocznym stypendium i co miesiąc jestem zapraszana do mojego byłego japońskiego domu. Ostatnio spędziliśmy razem bardzo miło Nowy Rok, a na pożegnanie host-mama jak zawsze przygotowała mi dużą torbę smakołyków, bo wiadomo, że studenci w ogóle nie dbają o to, co jedzą. Natomiast moja koleżanka z Kenii, która też mieszka obecnie w Tokio spędza w tej chwili weekend ze swoją host-rodziną w miejscowości wypoczynkowej Hakone.


Atrakcje

Pani Miyoko Ikezaki ma naprawdę imponujące koneksje i niewielu jest Japończyków, a co dopiero obcokrajowców, którzy mogą robić rzeczy i odwiedzać miejsca dostępne dla panelistów podczas letniego programu. Nie jest to żadne wyolbrzymienie - opowieści o spotkaniach możliwych dzięki JRP robią takie wrażenie na moich japońskich znajomych, że często podejrzewają, że pomyliłam słówka po japońsku, i że to wcale nie chodzi o takie wielkie osobistości.

Ja osobiście najbardziej będę pamiętała spotkanie z gubernatorem Tokio, Shintarō Ishiharą, ale bynajmniej nie dlatego, że interesuję się polityką, ale dlatego, że pan Ishihara jest również pisarzem, a ja poniekąd z tego powodu zostałam bohaterką tamtego spotkania i po raz pierwszy w życiu stałam w blasku fleszy. Wszystko zaczęło się jeszcze w pierwszym tygodniu pobytu, kiedy host-ojciec oznajmił mi, że gubernator jest uznanym pisarzem i (był) przyjacielem Yukio Mishimy. Podarował mi jego powieść "Taiyō no kisetsu" (czas słońca) i polecił mi przeczytanie jej przed spotkaniem. Ponieważ czas na czytanie miałam głównie w pociągu do domu, a książka jest napisana językiem pięknym acz trudnym, przez trzy tygodnie przeczytałam tylko 80 stron, czyli pierwszą z czterech stosunkowo niezależnych historii. Kiedy wreszcie spotkaliśmy się z gubernatorem i moi koledzy zapytali o wszystkie interesujące ich polityczne sprawy, zgłosiłam się ja i powiedziałam: "Przepraszam, ja mam pytanie innego rodzaju. Otóż zaczęłam czytać pańską książkę "Czas słońca" i chciałabym zapytać, czy ten niemoralny młodzieniec, jakim jest główny bohater, miał swój pierwowzór w rzeczywistości. I jeszcze… Czy mogłabym prosić o autograf na moim egzemplarzu?" Gubernator był mile zaskoczony, odpowiedział, że oczywiście nie było pierwowzoru, że to tylko jego fantazja (akurat…) i że bardzo się cieszy, że młodzież czyta jego książki. Podpisał moją książkę i przeszedł do kolejnych zagadnień. W pewnym momencie zawołał członka swojej świty i wydał szeptem polecenie, po którym ów pracownik przyniósł mu książkę. Nie przerywając wywodu na temat modernizacji metra napisał coś na pierwszej stronie i kiedy skończył mówić, zwrócił się do mnie tymi słowy: "Naprawdę, naprawdę dobrze, że młodzież czyta książki. Proszę, to jest moja najnowsza powieść. Z autografem. Czytaj dużo i ucz się dobrze." Użyłam całego swojego japońskiego, żeby jak najbardziej podziękować, a po spotkaniu stałam z dwiema rozłożonymi książkami, z zębami na wierzchu i pozowałam do zdjęć myśląc tylko o tym, że jestem najszczęśliwszą osobą na Ziemi.

Drugim ważnym spotkaniem była wizyta w siedzibie Urasenke - najstarszej szkoły ceremonii herbaty. Szczerze powiedziawszy, nigdy nie przepadałam za tą ceremonią, ponieważ waga, jaką przywiązuje się do szczegółów w rodzaju sposobu ułożenia palców podczas trzymania czarki, była dla mnie bardziej źródłem stresu aniżeli przyjemności z obcowania z japońską tradycją. W takim nastroju, zastanawiając się, czy aby dobrze siedzę, czy trzymam dobrze głowę, ręce itp. czekałam z grupą w prastarym pawilonie herbacianym na samego mistrza Urasenke - Sen Sōshitsu XVI. I kiedy po chwili wszedł i usiadł lekko przed utensyliami, zrozumiałam, że ceremonia herbaty naprawdę może być odprężająca i przyjemna. Mistrz był zrelaksowany i uśmiechnięty, a wszystkie czynności związane z parzeniem wykonywał tak naturalnie, tak niewymuszenie, że po raz pierwszy w życiu uwierzyłam, że celem tego procesu jest faktycznie przygotowanie herbaty, a nie bezbłędne wykonanie wszystkich towarzyszących temu ruchów. Nie rozumiałam ani słowa z tego, co mówił sobie pod nosem, ale jego głos był tak łagodny i spokojny, że nawet sobie odetchnęłam. I wtedy pani z biura JRP, która również uczestniczyła w ceremonii, spojrzała na mnie spanikowanym wzrokiem i powiedziała: "Mistrz właśnie raczył rzec, że zaledwie wczoraj wrócił z podróży po Polsce…" Odwróciłam się więc do mistrza, spojrzałam w jego łagodne oblicze i zapytałam: "Ach tak? I jak było?" Wszyscy obecni tam Japończycy, poza panem Sen Sōshitsu XVI, bliscy byli zawału z powodu mego grubiaństwa. A mistrz, z tym samym uśmiechem Buddy odrzekł: "A dziękuję. Bardzo miło. Byłem w Warszawie i Krakowie." "Zapewne w Centrum Manggha?" zapytałam, "Owszem. Pani tam studiuje?" "Nie, studiuję w Poznaniu. To na północnym zachodzie Polski." "Ach tak…" Mistrz był zapewne do szpiku kości zniesmaczony moim zachowaniem, ale był na tyle uprzejmy, że tego nie okazał.

Spotkaliśmy się także z panem Sunao Tsuboi - człowiekiem, który przeżył atak atomowy na Hiroshimę. To było niezwykłe oglądać na żywo kogoś, kogo mogłam sobie tylko wyobrażać podczas lektury "Czarnego deszczu" Masujiego Ibuse. Po prelekcji poszedł z nami na okonomiyaki.

Była jeszcze Kiyoko Ono, parlamentarzystka, która dzień po spotkaniu z nami przeszła na emeryturę po ponad dwudziestoletniej karierze politycznej. Właściciel ekskluzywnej wytwórni japońskich słodyczy Toraya, który uczył nas robienia delikatesu o nazwie "słonecznik". Prezes Hiroshimskiej Fundacji Kultury Pokoju Steven Leeper, z którym rozmawialiśmy o zmianach w ekspozycji w Muzeum Pokoju w Hiroshimie. Przedstawiciele ambasad spotkani podczas bankietów. Poza tym miejsca: Parlament, Centrum Badań i Rozwoju Toshiby, Muzeum Edo Tokio, wspomniane we wstępie świątynie w Kioto, zakładanie kimona, Disneyland. Poza tym po kraju poruszaliśmy się głównie Shinkansenem i samolotami, na co chyba nikt z nas nie mógłby sobie pozwolić w ramach własnego budżetu.


Szczyt

Nihongo summit - Szczyt Języka Japońskiego jest celem wysiłków panelistów i kulminacją programu. W trzecim tygodniu programu odbywa się szczyt poza stolicą, który ma być swego rodzaju próbą generalną przed ostateczną dyskusją. W roku 2007 impreza ta odbyła się w Filharmonii Prefektury Ishikawa. Widownia wypełniona była uczniami i studentami, a pierwszy rząd zajmowali miejscowi notable oraz nasi sponsorzy. My, w strojach oficjalnych siedzieliśmy przy dwóch długich stołach na podium na środku sceny, a z boku znajdowali się prowadzący - prezenterka telewizyjna Miwa Ikezaki oraz popularny w japońskiej telewizji matematyk i żongler Peter Frankl. Zanim jednak usiedliśmy, każdy po kolei wygłosił swoją minutową przemowę walcząc z tremą wykrzywiającą twarz i wybijającą z głowy kolejne słowa tekstu. Sama dyskusja była właśnie na poziomie, jaki może zapewnić szesnaścioro w większości nastolatków interesujących się pokojem na świecie od kilku miesięcy.

Podczas szczytu tokijskiego w Nikkei Hall widać było, że próba generalna dużo nam dała. Do dwójki prowadzących dołączył publicysta Akira Ikegami, który rozpoczął dyskusję od zapytania nas, dlaczego uczymy się japońskiego, co nas w pewien sposób rozruszało i nieco zrelaksowało, ponieważ byliśmy jeszcze pod wrażeniem wygłaszania naszych minutowych mów przez widownią liczącą około siedmiuset osób. Po pierwszym pytaniu i głębokim oddechu przeszliśmy do tematów poważniejszych, w których padło kilka odważnych opinii, na przykład reprezentantki Korei Południowej podkreślającej, że Japonia powinna wreszcie szczerze przeprosić ofiary II wojny światowej. Udało nam się nawet kilkakrotnie rozbawić publiczność, i sami również zaczęliśmy się wreszcie dobrze bawić, kiedy opadła z nas trema.

Piszę to z perspektywy wyjazdu do Japonii, ale nie mogę zanegować faktu, że ten miesiąc rzeczywiście skłonił mnie do zastanowienia się nad problemami tego świata, a w kontekście moich postulatów także nad własnymi uprzedzeniami wobec innych narodów. Na co dzień nie rozmawiamy na takie górnolotne tematy jak pokój na świecie, uważając je za egzaltowane idealistyczne dywagacje. Natomiast praca podczas Szczytu Języka Japońskiego pozwoliła mi zwrócić uwagę na konkrety, które sama mogę wprowadzić w życie tu i teraz. Oczywiście, że powszechny pokój i świat bez wojen to bujda, ale już małe rzeczy, które mogą uczynić moje i czyjeś życie choć trochę lepszym są całkiem realnym konkretem. Od lata zeszłego roku posprzeczałam się już z kilkoma osobami o dowcipy o Murzynach, Cyganach i Żydach i staram się, by wynikło z tego coś więcej niż polityczna poprawność.


Wdzięczność

Wszyscy pracownicy biura tej organizacji, działającej tylko dzięki wsparciu sponsorów, przez cały rok zajmują się wyłącznie przygotowaniem Szczytu i kilku innych programów podnoszenia kwalifikacji językowych. Ekipa JRP wykonuje ogromną pracę organizacyjną tylko po to, żeby szesnaścioro młodych ludzi zupełnie za darmo spędziło miesiąc w Japonii na nauce i wycieczkach. Ściąga studentów, polityków, dziennikarzy i telewizję, żeby słuchali, co grupa młodocianych żółtodziobów ma do powiedzenia na temat pokoju na świecie. Czy my jesteśmy specjalistami od polityki międzynarodowej? Nie. Większość z nas zaczęła się tym interesować dopiero w momencie pisania eseju. Czy więc nasze zdanie jest rzeczywiście aż tak cenne, żeby organizować nam imprezę wyglądającą jak szczyt ONZ? Wręcz przeciwnie. Nie mówimy nic odkrywczego, nie tworzymy historii, nie dajemy nikomu żadnych korzyści poza satysfakcją ekipy JRP, że w kolejnym roku zrobiła coś dobrego dla młodzieży.

Jedynymi osobami, które zyskują na tym przedsięwzięciu są paneliści. A zyskujemy tyle, że długo jeszcze będziemy musieli pracować razem z JRP jak tylko najlepiej potrafimy, żeby spłacić kiedyś ten dług wdzięczności. Ważne jest także, aby wszyscy przyszli paneliści pamiętali o tym jeszcze przed wyjazdem na kolejny szczyt. Mój rok był na tyle pechowy, że pojechaliśmy tam tak, jakby nam się to wszystko należało i byliśmy pierwszą grupą panelistów w historii JRP, która ostatniego dnia usłyszała od Ikezaki Sensei, że ekipie jest przykro, że tak mało doceniliśmy ich całoroczny wysiłek. Mieszkam teraz w Tokio i staram się pracować przy każdej inicjatywie JRP, nie tylko by choć w ułamku odwdzięczyć się za to lato pełne wrażeń, ale też by odpracować swoją wcześniejszą niewdzięczność.

Marta Newelska,
Tokio, 11 marca 2008

Wszystkim zainteresowanym polecam oficjalną stronę Japan Return Programme.
Szczegóły rekrutacji na Szczyt 2009 zostaną ogłoszone około września roku 2008.

 

Zdjęcia ze Szczytu Języka Japońskiego 2007


Szesnaścioro panelistów przed wyjściem do jednej ze szkół. Koszulki JRP były obowiązkowe przy każdej wizycie w szkole, u sponsora, itp. Nosiliśmy je prawie bez przerwy, ale na szczęście mieliśmy po dwie (jeszcze białą), a host-mamy codziennie robił pranie.

 


Z uczniami z gimnazjum Kudan w dzielnicy Chiyoda w Tokio. Podzielono nas na cztery grupki i wysłano do czterech różnych klas, w których opowiadaliśmy o swoich krajach i graliśmy między innymi w głuchy telefon.

 


W męskim liceum sportowym Yasuda Gakuen każdy panelista rozmawiał indywidualnie z dwoma uczniami. Niestety, nie mieliśmy zbyt wielu wspólnych tematów. Wbrew pozorom nawet o Indonezji nie porozmawialiśmy.

 


W liceum stołecznym Mita uczestniczyliśmy w zajęciach kółka ceremonii herbacianej.

 


Wachlarz pamiątkowy z Urasenke. Chyba nikt nie robił wtedy zdjęć na miejscu.

 


Zajęcia w Tokio odbywały się w Narodowym Młodzieżowym Pamiątkowym Centrum Olimpijskim w skrócie "orisen".

 


Nasi senpaie - OP, czyli old panelists (starsi paneliści) - to ludzie, którzy brali udział we wcześniejszych szczytach, a później pracują przy kolejnych. To oni prowadzili nasze zajęcia, sprawdzali nasze prace domowe, zbierali pamiętniki, a także pilnowali podczas wycieczek i pomagali, kiedy mieliśmy jakiś problem. Po zakończeniu szczytu każdy panelista zostaje OP i zyskuje nowe obowiązki. Wojciech pracował w ten sposób przy szczycie w 2006 roku.

 


Właściciel Toraya demonstruje przygotowanie słodkiego "słonecznika", a paneliści naśladują go przy swoich małych dziełach.

 


W Centrum Badań i Rozwoju Toshiba bawiliśmy się między innymi niebieskim ekranem. Tym razem w białych koszulkach.

 


W Hiroshimie spaliśmy w dwóch pokojach w stylu japońskim - w jednym chłopcy, w drugim dziewczynki. Kiedy jedni już smacznie spali, inni pisali jeszcze zaległe dni pamiętnika.

 


Okonomiyaki, czyli coś w rodzaju naleśnika zapiekanego z warzywami, mięsem i jajkiem to specjalność Hiroshimy. Rzeczywiście było smaczne.

 


Czasami mogliśmy się ubrać we własne koszulki, na przykład podczas zwiedzania Zamku Nijō w Kioto. Każdy na tym zdjęciu patrzy w inną stronę, a dokładnie w swój aparat. Ponieważ każdy chciał mieć własne zdjęcie grupowe, OP dostawali szesnaście aparatów i robili cierpliwie szesnaście takich samych fotografii.

 


Po spotkaniu czas na wspólne zdjęcie panelistów, OP i szefowej JRP z gubernatorem Tokio.

 


Autograf. Od prawej: Marcie Newelskiej ofiaruje Ishihara Shintarō.

 


Ostatnie chwile przed Szczytem w Kanazawa, pref. Ishikawa. Skoro tematem przewodnim jest pokój, to należy go zadeklarować odpowiednim gestem.

 


Obowiązkowym strojem panelistów na wszystkich bankietach i przyjęciach jest strój narodowy. Czterej panowie w ostatnim rzędzie to od lewej Estonia, Turkmenistan, Maroko i Uzbekistan. Stojące panie od lewej: Salwador, Chiny, szefowa JRP Ikezaki Sensei, Mongolia, Japonia, Rumunia, Kenia i Polska. Na dole od lewej Korea, Kirgistan, Brazylia, Azerbejdżan i Kuba.

 


Ja i koleżanka z Salwadoru z tokijską host-rodziną Hoshino.

 


Host-mamy co wieczór przygotowywały podobną ucztę. Większość z nas przytyła w ciągu tego miesiąca.

 


Pan Miyazaki - host-tata z Kanazawy uderza w dzwon, by podziękować za szczęśliwe dojechanie i zwiedzenie świątyni Eiheiji. Między innymi do Eiheiji zabrała mnie moja japońska rodzina w weekend wolny od zajęć.

 


Z host-mamą w pięknym ogrodzie Kenrokuen w Kanazawie.

 


I z host-siostrą (profesjonalną klawesynistką) w Morzu Japońskim.

 

© Japonica Creativa 2002 - 2009