Ponad miesiąc mieszkania w domu japońskiej rodziny.
Ciągłe używanie języka w rozmowach, w dyskusjach z uczniami japońskich szkół,
na seminariach i zajęciach. Wizyta w Urasenke i herbata podana przez samego
mistrza Sen Sōshitsu XVI. Zwiedzanie Kioto - Złoty Pawilon, Kiyomizudera,
Tenryū-ji. Spotkanie z człowiekiem, który przeżył atak atomowy w Hiroshimie.
Wizyta u gubernatora Tokio. Prywatna lekcja u właściciela Toraya - jednej z
najstarszych wytwórni japońskich słodyczy. Cały dzień w tokijskim
Disneylandzie. Czy to tylko piękny sen miłośnika Japonii? Nie. To program
zeszłorocznego Szczytu Języka Japońskiego zorganizowanego przez Japan Return
Programme.
Już troje studentów poznańskiej japonistyki to członkowie organizacji
non-profit Japan Return Programme (JRP) dającej każdemu młodemu człowiekowi
znającemu japoński szansę udziału w tzw. Szczycie Języka Japońskiego, czyli
miesięcznym wakacyjnym programie naukowo-krajoznawczym zakończonym dyskusją
panelową z udziałem znanych japońskich publicystów. Wojciech Nowak, obecnie
doktorant na UAM, uczestniczył w szczycie w roku 2004, pisząca te słowa Marta
Newelska, obecnie stypendystka na Uniwersytecie Ochanomizu w Tokio, była
panelistką w roku 2007, a Małgorzata Żurawska, studentka IV roku, weźmie
udział w szczycie 2008. Co ciekawe, o ile Polskę reprezentują w organizacji
tylko studenci japonistyki, o tyle większość uczestników programu (kilkanaście
osób rocznie) uczyła się języka równolegle z innym kierunkiem studiów lub ma
dalekie japońskie korzenie.
Motywy
JRP pierwszy szczyt zorganizowała w roku 1999, a do Polski wieści o tej
inicjatywie dotarły cztery lata później wraz z ogłoszeniem o rekrutacji na rok
2004. Ówczesny panelista, Wojciech Nowak wspomina to tak: O programie JRP
dowiedziałem się od naszej nauczycielki, pani Norkio Yamasaki, stażystki JICA,
która ogłosiła nabór na zajęciach z praktycznego japońskiego. Uczestnictwo w
programie otwierało przede mną możliwości wyjazdu do Japonii, który nie byłby
wyłącznie pobytem "tam", ale także przedsięwzięciem twórczym i rozwijającym,
nie tylko (choć przede wszystkim) w sferze językowej.
Zasadniczym celem szczytu jest dyskusja na temat pokoju na świecie i temu
tematowi poświęcone są wszystkie seminaria przygotowujące do ostatecznego
wystąpienia. Od panelistów wymaga się zdecydowanych, przemyślanych opinii oraz
ciągłego zastanawiania się nad politycznymi, społecznymi i ekologicznymi
problemami współczesnego świata i wymóg ten jest traktowany bardzo poważnie.
Dlatego nie jest to program dla kogoś, kto nie wyobraża sobie spędzenia
miesiąca na podobnych rozważaniach, a oczekuje tylko zwiedzania Japonii.
Mimo to motywacja większości uczestników (nie tylko z Polski) była podobna do
zdania Wojciecha - zgłaszaliśmy się do programu przede wszystkim po to, by
wyjechać co Japonii, a nie dlatego, że była to okazja do dyskusji o pokoju na
świecie. Koledzy z mojego roku 2007 przyznali nawet w jednej szczerej
rozmowie, że gdyby taki szczyt miał się odbywać poza Japonią, to pewnie by się
nie zdecydowali.
Nie jest to oczywiście nic nagannego, jako że celem całej działalności JRP
jest wymiana kulturowa z zagranicą, a w tym lepsze zrozumienie japońskiej
kultury przez młodzież, która w przyszłości stanie się pomostem między Japonią
a światem, parafrazując oficjalny statut organizacji. Stąd też poza zajęciami
przygotowującymi do dyskusji, w programie są również wycieczki krajoznawcze,
spotkania z ważnymi osobistościami, a przede wszystkim stały kontakt z
tamtejszymi zwyczajami dzięki mieszkaniu u japońskiej rodziny. Ponadto
warunkiem udziału w Szczycie jest znajomość języka japońskiego, co świadczy o
tym, że nie jest to oferta skierowana do osób zainteresowanych wyłącznie
światowym pokojem.
Rekrutacja
Od początku istnienia programu rekrutacja zaczyna się od napisania eseju na
temat przewodni danego Szczytu, zawsze związanego z pokojem na świecie. W
przypadku Wojciecha był to "Młodzież i pokój". Ja pisałam na temat "Pokój -
przekraczając granice między narodami", a Małgorzata - "Język i pokój". Do
pisania eseju byłem przygotowany przez nasza kadrę (ukłony w stronę Pani Chie
Fukai), której to zajęcia z pisania wypracowań zapewniły mi warsztat pracy.
Jeżeli chodzi o treść, również nie miałem (większych) problemów. Pisanie eseju
nie było jednak przysłowiową "bułką z masłem" i wymagało sporego nakładu
pracy. - wspomina Wojciech, który podjął wyzwanie jako student drugiego
roku. Ja i Małgorzata wysłałyśmy nasze wypracowania na czwartym roku.
Napisanie eseju nie przekracza możliwości studenta drugiego roku. - uważa
Wojciech i rzeczywiście w eseju bardziej od wyszukanego słownictwa i
skomplikowanej gramatyki liczy się treść, czyli wyraziste opinie oraz świeżość
myślenia. Poza tym obowiązkiem jest posiadanie nauczyciela prowadzącego,
którego opinię o sobie należy dołączyć do podania, i który również poprawia
esej przed wysłaniem, dlatego gramatyka jest tutaj mniejszym problemem niż
pomysł. W tym miejscu ja i Małgorzata dziękujemy serdecznie Pani Maho
Ikushimie za cierpliwość w prowadzeniu naszej rekrutacji.
Jeżeli esej się spodoba, przechodzimy do kolejnego etapu, czyli nagrania
trzyminutowego video, w którym streszczamy poglądy przedstawione w
wypracowaniu. Wojciech: Mówienie do "szklanego oka" było dla mnie wielce
stresuje, zwłaszcza że jak obwieściła mi moja nauczycielka prowadząca, pani
Yamasaki, "Baterie są na wyczerpaniu, wiec byłoby dobrze, gdyby udało ci się
powiedzieć wszystko poprawnie już za pierwszym razem." Ja: I powiedziałeś?
Wojciech: Powiedziałem. I bez sprawdzenia wysłałem, aby oszczędzić sobie
dalszych nerwów.
U Wojciecha rekrutacja skończyła się na tym etapie. Ponieważ jednak w
ostatnich latach liczba kandydatów na panelistów znacznie wzrosła, i ja, i
Małgorzata przechodziłyśmy jeszcze trzeci etap - rozmowę telefoniczną z
szefową organizacji, panią Miyoko Ikezaki. Ja rozmawiałam o moich
zainteresowaniach, rodzinie, narzeczonym i na końcu dwa zdania o moich
poglądach wyrażonych w eseju.
W Japonii
Wyniki rekrutacji znane są na przełomie stycznia i lutego. Od tego czasu do
wyjazdu w czerwcu lub lipcu (daty zmieniają się co roku) każdy z 16
szczęśliwych panelistów zajęty jest różnorakimi przygotowaniami -
ubezpieczenie podróżne, tradycyjny strój narodowy, ćwiczenia tańca lub
piosenki ludowej, nauka piosenki przewodniej organizacji itp., itd. Bilet
lotniczy oraz koszty całego pobytu w Japonii dostajemy w prezencie od JRP. Ze
swojej strony musimy mieć 60000 jenów (wg kursu w dniu 10.02.2008 prawie 1400
PLN). Połowa tej sumy to składka członkowska dla organizacji, a druga połowa
to własne kieszonkowe. 30000 jenów to nic w porównaniu z kosztami, jakie
pokrywa za nas JRP, dlatego składka nie ma znaczenia finansowego, ale raczej
skłania nowego członka do docenienia wagi uczestnictwa w programie.
Miesięczny pobyt podzielony jest zazwyczaj na trzy etapy. Paneliści najpierw
przez około tydzień mieszkają w Tokio u tzw. host family, czyli rodziny
japońskiej, która zgodziła się przyjąć ich pod swój dach. Ten czas spędza się
bardzo pracowicie na codziennych zajęciach, aby wyrównać poziom języka i
nauczyć się pisania raportów i przemówień, gdyż umiejętności te są niezbędne w
dalszej części programu. Jednocześnie od pierwszego dnia po przyjeździe pisze
się pamiętnik - około strony A4 dziennie. Podczas mojego pobytu wybraliśmy się
w tym czasie do japońskiej podstawówki i do męskiego liceum, gdzie
przedstawialiśmy nasz kraj w formie przemówienia oraz dyskusji z uczniami.
Poza tym dobrą szkołą przemawiania było przedstawienie się przed
pełnomocnikami około dwudziestu ambasad na bankiecie inauguracyjnym, na którym
wystąpiliśmy w strojach narodowych.
Kolejne dwa tygodnie paneliści spędzają w regionie poza stolicą, który zmienia
się co roku. Rok temu było to miasto Kanazawa w prefekturze Ishikawa, a w tym
roku będzie to Nagasaki w prefekturze o tej samej nazwie. Podczas szczytu 2007
w drodze z Tokio do Kanazawy zrobiliśmy sobie wycieczkę krajoznawczą,
zatrzymując się na jeden dzień w Hiroshimie i jeden w Kioto. W Kanazawa
zostaliśmy przydzieleni do nowych rodzin i rozpoczęliśmy dwa tygodnie niemalże
nieprzerwanych seminariów dzień w dzień po dziewięć godzin z godzinną przerwą
na lunch. Wolne mieliśmy tylko w weekendy, o których atrakcyjność dbały
rodziny, oraz okazje, kiedy odwiedzaliśmy lokalne szkoły i spotykaliśmy się z
prezesami sponsorujących nas firm. Wreszcie w przeddzień powrotu do Tokio
odbył się pierwszy z dwóch Szczytów, a po nim wystawne przyjęcie pożegnalne,
podczas którego paneliści zaprezentowali gościom swój rodzimy folklor.
Ostatni tydzień w Tokio, poza kilkoma spotkaniami z politykami, zajęły nam
intensywne przygotowania do końcowego wystąpienia, które było głównym celem
całego miesięcznego programu. Po szczycie w Tokio, przyjęciu pożegnalnym oraz
wizycie w Disneylandzie paneliści zaczęli wracać do swoich krajów.
Ciężka praca
Zdarzyło nam się kilka razy ponarzekać na zbyt dużo pracy. Atmosfera była
szczególnie gorąca przed obydwoma szczytami - w Kanazawie siedzieliśmy na
uczelni (bo zajęcia mieliśmy na uniwersytecie) do godziny 21 szlifując nasze
przemówienia. Przez pierwszy tydzień w Tokio zajmowaliśmy się głównie
przedstawianiem siebie i swojego kraju, co polegało na tym, że pisaliśmy tekst
prezentacji, dowiadywaliśmy, gdzie jest źle, pisaliśmy od nowa, dowiadywaliśmy
się, gdzie jest źle, od nowa… i tak aż do zadowalającego efektu.
Kiedy przedstawianie się mieliśmy już opanowane, zajęliśmy się dyskusją na
temat pokoju przekraczającego bariery między narodami - pierwsze kilka zajęć
poświęciliśmy słownictwu, a dalsze rozmowom, które miały dać nam pomysł na
własne przemówienie. Założenie było bowiem takie, że na początku dyskusji
panelowej podczas Szczytu każdy po kolei wygłasza około minutową mowę, w
której wyraża swój główny postulat i rozwija go podczas właściwej debaty.
Nasze postulaty musiały być konkretne do tego stopnia, że już po kilku
pierwszych dniach wszyscy zaczęli szczerze nienawidzić słowa "konkretny".
Chodziło po prostu o to, żeby nie mówić ogólnikami i kliszami w stylu: "Chcę
pokoju na świecie i żeby nie było wojen", ale raczej zacząć do "Uważam, że
osobiście, o własnych siłach jestem w stanie zrobić dla pokoju na świecie…" i
podać swoje konkretne pomysły. Ja skupiłam się na rasizmie w Polsce i
problemie nieświadomego powielania stereotypów, a więc umacniania uprzedzeń
wobec obcokrajowców przez używanie na co dzień wyrażeń takich jak "sto lat za
Murzynami" lub opowiadanie dowcipów o Żydach etc. i postanowiłam nie znać się
na żartach i zwracać uwagę osobom w moim otoczeniu, kiedy powiedzą coś
takiego.
Poza pracą nad wystąpieniem na Szczycie mieliśmy jeszcze przygotowania
programu artystycznego na przyjęcia pożegnalne. Każdy z nas miał zaprezentować
gościom coś z folklorystycznego repertuaru swojego kraju. Dzięki temu przez
około trzy tygodnie przynajmniej raz dziennie śpiewałam "Jezus malusieńki" i
"Hej, bystra woda", a inni tańczyli brazylijską sambę, koreański taniec z
wachlarzami, grali na kirgiskiej mandolinie, recytowali turkmeński wiersz,
śpiewali po estońsku, w kenijskim języku Kikuyu itd.
Zupełnie wykończeni wracaliśmy do domów, gdzie kochane host-mamy podawały nam
pyszną japońską kolację, a po posiłku host-ojcowie mówili: "No! To teraz
szybciutko do pokoju, masz godzinę, żeby napisać pamiętnik, a potem myć się i
spać, bo o siódmej pobudka!" Raz w tygodniu oddawaliśmy po siedem stron
pamiętnika. Mówiąc krótko: nie, to nie są wakacje.
Język
Mogę powiedzieć, ze z moim po-drugorocznym- japońskim nie odstawałem od
grupy, a mój poziom zawansowania językowego porównywalny był z poziomem innych
panelistów, którzy na naukę japońskiego poświęcili więcej niż dwa lata. -
mówi Wojciech, którego odczucia podzielam. Ja podczas pobytu byłam po czwartym
roku i często słyszałam od innych panelistów, że świetnie mówię po japońsku.
Nie było to szczególnie świetnie, ale rzeczywiście (czasem nieco, czasem
znacznie) lepiej od wielu uczestników do tego stopnia, że pomagałam im w
pisaniu raportów i przemówień.
Zrównanie poziomów języka oznaczało, że czasem trzeba było zastępować pewne
słowa ich prostszymi synonimami, żeby dyskusja była zrozumiała dla wszystkich.
Jednak ogólnie nie mogę stwierdzić, że mój japoński się pogorszył - wręcz
przeciwnie, ciągłe używanie języka i w mowie i w piśmie dodało mi płynności w
posługiwaniu się nim, a słuchanie rodzimych użytkowników japońskiego dało mi
pojęcie o odpowiednim używaniu słów i zwrotów tak, by brzmiały naturalne.
Co ciekawe, w mojej grupie na 15 osób (jedna była Japonką) tylko 4, licząc ze
mną, studiowały japonistykę. 4 uczyły się jeszcze w liceum, ale nie zamierzały
wybrać japonistyki na uniwersytecie. Ogólnie większość moich kolegów uczyła
się japońskiego dodatkowo, z czego aż dwie osoby były na poziomie językowym
podobnym do mojego, kiedy ja spędziłam cztery lata na nauce wyłącznie tego.
Rodziny
Ponieważ szczyt w Tokio odbywa się rokrocznie, niektóre host-rodziny miały już
doświadczenie w przyjmowaniu u siebie panelistów JRP. Ja i koleżanka z
Salwadoru byłyśmy już trzecimi gośćmi dla naszej stołecznej rodziny, która
mogła się właściwie nazywać profesjonalną. I rzeczywiście, czuć było taką
nieco profesjonalna atmosferę, szczególnie w porównaniu z niedoświadczoną
rodziną w Kanazawie, gdzie czułam się jak w domu.
Większość z nas, i w Tokio i w Kanazawie dojeżdżała na zajęcia na własną rękę.
Podczas pobytu w Tokio mieszkałam z koleżanką w sąsiedniej prefekturze Saitama
i droga pociągami w jedną stronę z dwiema przesiadkami zajmowała nam ponad
godzinę. Podobnie na lotnisko krajowe Haneda i inne punkty zbiórki jeździłyśmy
same. Rano przy śniadaniu host-ojciec objaśniał nam trasę, przekazywał
karteczkę ze stacjami przesiadkowymi i życzył powodzenia. Mimo że linii metra
i ważniejszych tokijskich linii JR jest 13, nie zgubiłyśmy się ani razu.
Dzięki tej szybkiej szkole nauki jazdy pociągami w tej chwili tokijskie metro
jest dla mnie równie proste jak poznańskie tramwaje.
Rodzina tokijska jest mało wylewna, ale niezwykle życzliwa. Od października
zeszłego roku studiuję w Tokio na rocznym stypendium i co miesiąc jestem
zapraszana do mojego byłego japońskiego domu. Ostatnio spędziliśmy razem
bardzo miło Nowy Rok, a na pożegnanie host-mama jak zawsze przygotowała mi
dużą torbę smakołyków, bo wiadomo, że studenci w ogóle nie dbają o to, co
jedzą. Natomiast moja koleżanka z Kenii, która też mieszka obecnie w Tokio
spędza w tej chwili weekend ze swoją host-rodziną w miejscowości wypoczynkowej
Hakone.
Atrakcje
Pani Miyoko Ikezaki ma naprawdę imponujące koneksje i niewielu jest
Japończyków, a co dopiero obcokrajowców, którzy mogą robić rzeczy i odwiedzać
miejsca dostępne dla panelistów podczas letniego programu. Nie jest to żadne
wyolbrzymienie - opowieści o spotkaniach możliwych dzięki JRP robią takie
wrażenie na moich japońskich znajomych, że często podejrzewają, że pomyliłam
słówka po japońsku, i że to wcale nie chodzi o takie wielkie osobistości.
Ja osobiście najbardziej będę pamiętała spotkanie z gubernatorem Tokio,
Shintarō Ishiharą, ale bynajmniej nie dlatego, że interesuję się polityką, ale
dlatego, że pan Ishihara jest również pisarzem, a ja poniekąd z tego powodu
zostałam bohaterką tamtego spotkania i po raz pierwszy w życiu stałam w blasku
fleszy. Wszystko zaczęło się jeszcze w pierwszym tygodniu pobytu, kiedy
host-ojciec oznajmił mi, że gubernator jest uznanym pisarzem i (był)
przyjacielem Yukio Mishimy. Podarował mi jego powieść "Taiyō no kisetsu" (czas
słońca) i polecił mi przeczytanie jej przed spotkaniem. Ponieważ czas na
czytanie miałam głównie w pociągu do domu, a książka jest napisana językiem
pięknym acz trudnym, przez trzy tygodnie przeczytałam tylko 80 stron, czyli
pierwszą z czterech stosunkowo niezależnych historii. Kiedy wreszcie
spotkaliśmy się z gubernatorem i moi koledzy zapytali o wszystkie interesujące
ich polityczne sprawy, zgłosiłam się ja i powiedziałam: "Przepraszam, ja mam
pytanie innego rodzaju. Otóż zaczęłam czytać pańską książkę "Czas słońca" i
chciałabym zapytać, czy ten niemoralny młodzieniec, jakim jest główny bohater,
miał swój pierwowzór w rzeczywistości. I jeszcze… Czy mogłabym prosić o
autograf na moim egzemplarzu?" Gubernator był mile zaskoczony, odpowiedział,
że oczywiście nie było pierwowzoru, że to tylko jego fantazja (akurat…) i że
bardzo się cieszy, że młodzież czyta jego książki. Podpisał moją książkę i
przeszedł do kolejnych zagadnień. W pewnym momencie zawołał członka swojej
świty i wydał szeptem polecenie, po którym ów pracownik przyniósł mu książkę.
Nie przerywając wywodu na temat modernizacji metra napisał coś na pierwszej
stronie i kiedy skończył mówić, zwrócił się do mnie tymi słowy: "Naprawdę,
naprawdę dobrze, że młodzież czyta książki. Proszę, to jest moja najnowsza
powieść. Z autografem. Czytaj dużo i ucz się dobrze." Użyłam całego swojego
japońskiego, żeby jak najbardziej podziękować, a po spotkaniu stałam z dwiema
rozłożonymi książkami, z zębami na wierzchu i pozowałam do zdjęć myśląc tylko
o tym, że jestem najszczęśliwszą osobą na Ziemi.
Drugim ważnym spotkaniem była wizyta w siedzibie Urasenke - najstarszej szkoły
ceremonii herbaty. Szczerze powiedziawszy, nigdy nie przepadałam za tą
ceremonią, ponieważ waga, jaką przywiązuje się do szczegółów w rodzaju sposobu
ułożenia palców podczas trzymania czarki, była dla mnie bardziej źródłem
stresu aniżeli przyjemności z obcowania z japońską tradycją. W takim nastroju,
zastanawiając się, czy aby dobrze siedzę, czy trzymam dobrze głowę, ręce itp.
czekałam z grupą w prastarym pawilonie herbacianym na samego mistrza Urasenke
- Sen Sōshitsu XVI. I kiedy po chwili wszedł i usiadł lekko przed utensyliami,
zrozumiałam, że ceremonia herbaty naprawdę może być odprężająca i przyjemna.
Mistrz był zrelaksowany i uśmiechnięty, a wszystkie czynności związane z
parzeniem wykonywał tak naturalnie, tak niewymuszenie, że po raz pierwszy w
życiu uwierzyłam, że celem tego procesu jest faktycznie przygotowanie herbaty,
a nie bezbłędne wykonanie wszystkich towarzyszących temu ruchów. Nie
rozumiałam ani słowa z tego, co mówił sobie pod nosem, ale jego głos był tak
łagodny i spokojny, że nawet sobie odetchnęłam. I wtedy pani z biura JRP,
która również uczestniczyła w ceremonii, spojrzała na mnie spanikowanym
wzrokiem i powiedziała: "Mistrz właśnie raczył rzec, że zaledwie wczoraj
wrócił z podróży po Polsce…" Odwróciłam się więc do mistrza, spojrzałam w jego
łagodne oblicze i zapytałam: "Ach tak? I jak było?" Wszyscy obecni tam
Japończycy, poza panem Sen Sōshitsu XVI, bliscy byli zawału z powodu mego
grubiaństwa. A mistrz, z tym samym uśmiechem Buddy odrzekł: "A dziękuję.
Bardzo miło. Byłem w Warszawie i Krakowie." "Zapewne w Centrum Manggha?"
zapytałam, "Owszem. Pani tam studiuje?" "Nie, studiuję w Poznaniu. To na
północnym zachodzie Polski." "Ach tak…" Mistrz był zapewne do szpiku kości
zniesmaczony moim zachowaniem, ale był na tyle uprzejmy, że tego nie okazał.
Spotkaliśmy się także z panem Sunao Tsuboi - człowiekiem, który przeżył atak
atomowy na Hiroshimę. To było niezwykłe oglądać na żywo kogoś, kogo mogłam
sobie tylko wyobrażać podczas lektury "Czarnego deszczu" Masujiego Ibuse. Po
prelekcji poszedł z nami na okonomiyaki.
Była jeszcze Kiyoko Ono, parlamentarzystka, która dzień po spotkaniu z nami
przeszła na emeryturę po ponad dwudziestoletniej karierze politycznej.
Właściciel ekskluzywnej wytwórni japońskich słodyczy Toraya, który uczył nas
robienia delikatesu o nazwie "słonecznik". Prezes Hiroshimskiej Fundacji
Kultury Pokoju Steven Leeper, z którym rozmawialiśmy o zmianach w ekspozycji w
Muzeum Pokoju w Hiroshimie. Przedstawiciele ambasad spotkani podczas
bankietów. Poza tym miejsca: Parlament, Centrum Badań i Rozwoju Toshiby,
Muzeum Edo Tokio, wspomniane we wstępie świątynie w Kioto, zakładanie kimona,
Disneyland. Poza tym po kraju poruszaliśmy się głównie Shinkansenem i
samolotami, na co chyba nikt z nas nie mógłby sobie pozwolić w ramach własnego
budżetu.
Szczyt
Nihongo summit - Szczyt Języka Japońskiego jest celem wysiłków panelistów i
kulminacją programu. W trzecim tygodniu programu odbywa się szczyt poza
stolicą, który ma być swego rodzaju próbą generalną przed ostateczną dyskusją.
W roku 2007 impreza ta odbyła się w Filharmonii Prefektury Ishikawa. Widownia
wypełniona była uczniami i studentami, a pierwszy rząd zajmowali miejscowi
notable oraz nasi sponsorzy. My, w strojach oficjalnych siedzieliśmy przy
dwóch długich stołach na podium na środku sceny, a z boku znajdowali się
prowadzący - prezenterka telewizyjna Miwa Ikezaki oraz popularny w japońskiej
telewizji matematyk i żongler Peter Frankl. Zanim jednak usiedliśmy, każdy po
kolei wygłosił swoją minutową przemowę walcząc z tremą wykrzywiającą twarz i
wybijającą z głowy kolejne słowa tekstu. Sama dyskusja była właśnie na
poziomie, jaki może zapewnić szesnaścioro w większości nastolatków
interesujących się pokojem na świecie od kilku miesięcy.
Podczas szczytu tokijskiego w Nikkei Hall widać było, że próba generalna dużo
nam dała. Do dwójki prowadzących dołączył publicysta Akira Ikegami, który
rozpoczął dyskusję od zapytania nas, dlaczego uczymy się japońskiego, co nas w
pewien sposób rozruszało i nieco zrelaksowało, ponieważ byliśmy jeszcze pod
wrażeniem wygłaszania naszych minutowych mów przez widownią liczącą około
siedmiuset osób. Po pierwszym pytaniu i głębokim oddechu przeszliśmy do
tematów poważniejszych, w których padło kilka odważnych opinii, na przykład
reprezentantki Korei Południowej podkreślającej, że Japonia powinna wreszcie
szczerze przeprosić ofiary II wojny światowej. Udało nam się nawet
kilkakrotnie rozbawić publiczność, i sami również zaczęliśmy się wreszcie
dobrze bawić, kiedy opadła z nas trema.
Piszę to z perspektywy wyjazdu do Japonii, ale nie mogę zanegować faktu, że
ten miesiąc rzeczywiście skłonił mnie do zastanowienia się nad problemami tego
świata, a w kontekście moich postulatów także nad własnymi uprzedzeniami wobec
innych narodów. Na co dzień nie rozmawiamy na takie górnolotne tematy jak
pokój na świecie, uważając je za egzaltowane idealistyczne dywagacje.
Natomiast praca podczas Szczytu Języka Japońskiego pozwoliła mi zwrócić uwagę
na konkrety, które sama mogę wprowadzić w życie tu i teraz. Oczywiście, że
powszechny pokój i świat bez wojen to bujda, ale już małe rzeczy, które mogą
uczynić moje i czyjeś życie choć trochę lepszym są całkiem realnym konkretem.
Od lata zeszłego roku posprzeczałam się już z kilkoma osobami o dowcipy o
Murzynach, Cyganach i Żydach i staram się, by wynikło z tego coś więcej niż
polityczna poprawność.
Wdzięczność
Wszyscy pracownicy biura tej organizacji, działającej tylko dzięki wsparciu
sponsorów, przez cały rok zajmują się wyłącznie przygotowaniem Szczytu i kilku
innych programów podnoszenia kwalifikacji językowych. Ekipa JRP wykonuje
ogromną pracę organizacyjną tylko po to, żeby szesnaścioro młodych ludzi
zupełnie za darmo spędziło miesiąc w Japonii na nauce i wycieczkach. Ściąga
studentów, polityków, dziennikarzy i telewizję, żeby słuchali, co grupa
młodocianych żółtodziobów ma do powiedzenia na temat pokoju na świecie. Czy my
jesteśmy specjalistami od polityki międzynarodowej? Nie. Większość z nas
zaczęła się tym interesować dopiero w momencie pisania eseju. Czy więc nasze
zdanie jest rzeczywiście aż tak cenne, żeby organizować nam imprezę
wyglądającą jak szczyt ONZ? Wręcz przeciwnie. Nie mówimy nic odkrywczego, nie
tworzymy historii, nie dajemy nikomu żadnych korzyści poza satysfakcją ekipy
JRP, że w kolejnym roku zrobiła coś dobrego dla młodzieży.
Jedynymi osobami, które zyskują na tym przedsięwzięciu są paneliści. A
zyskujemy tyle, że długo jeszcze będziemy musieli pracować razem z JRP jak
tylko najlepiej potrafimy, żeby spłacić kiedyś ten dług wdzięczności. Ważne
jest także, aby wszyscy przyszli paneliści pamiętali o tym jeszcze przed
wyjazdem na kolejny szczyt. Mój rok był na tyle pechowy, że pojechaliśmy tam
tak, jakby nam się to wszystko należało i byliśmy pierwszą grupą panelistów w
historii JRP, która ostatniego dnia usłyszała od Ikezaki Sensei, że ekipie
jest przykro, że tak mało doceniliśmy ich całoroczny wysiłek. Mieszkam teraz w
Tokio i staram się pracować przy każdej inicjatywie JRP, nie tylko by choć w
ułamku odwdzięczyć się za to lato pełne wrażeń, ale też by odpracować swoją
wcześniejszą niewdzięczność.
Marta Newelska,
Tokio, 11 marca 2008
Wszystkim zainteresowanym polecam
oficjalną stronę Japan Return Programme.
Szczegóły rekrutacji na Szczyt 2009 zostaną ogłoszone około września roku 2008.
Zdjęcia ze Szczytu Języka Japońskiego 2007

Szesnaścioro panelistów przed wyjściem do jednej ze szkół. Koszulki JRP były
obowiązkowe przy każdej wizycie w szkole, u sponsora, itp. Nosiliśmy je prawie
bez przerwy, ale na szczęście mieliśmy po dwie (jeszcze białą), a host-mamy
codziennie robił pranie.

Z uczniami z gimnazjum Kudan w dzielnicy Chiyoda w Tokio. Podzielono nas na cztery grupki i wysłano do
czterech różnych klas, w których opowiadaliśmy o swoich krajach i graliśmy
między innymi w głuchy telefon.

W męskim liceum sportowym Yasuda Gakuen każdy panelista rozmawiał
indywidualnie z dwoma uczniami. Niestety, nie mieliśmy zbyt wielu wspólnych
tematów. Wbrew pozorom nawet o Indonezji nie porozmawialiśmy.

W liceum stołecznym Mita uczestniczyliśmy w zajęciach kółka ceremonii
herbacianej.

Wachlarz pamiątkowy z Urasenke. Chyba nikt nie robił wtedy zdjęć na miejscu.

Zajęcia w Tokio odbywały się w Narodowym Młodzieżowym Pamiątkowym Centrum
Olimpijskim w skrócie "orisen".

Nasi senpaie - OP, czyli old panelists (starsi paneliści) - to ludzie, którzy
brali udział we wcześniejszych szczytach, a później pracują przy kolejnych. To
oni prowadzili nasze zajęcia, sprawdzali nasze prace domowe, zbierali
pamiętniki, a także pilnowali podczas wycieczek i pomagali, kiedy mieliśmy
jakiś problem. Po zakończeniu szczytu każdy panelista zostaje OP i zyskuje
nowe obowiązki. Wojciech pracował w ten sposób przy szczycie w 2006 roku.

Właściciel Toraya demonstruje przygotowanie słodkiego "słonecznika", a
paneliści naśladują go przy swoich małych dziełach.

W Centrum Badań i Rozwoju Toshiba bawiliśmy się między innymi niebieskim
ekranem. Tym razem w białych koszulkach.

W Hiroshimie spaliśmy w dwóch pokojach w stylu japońskim - w jednym chłopcy, w
drugim dziewczynki. Kiedy jedni już smacznie spali, inni pisali jeszcze
zaległe dni pamiętnika.

Okonomiyaki, czyli coś w rodzaju naleśnika zapiekanego z warzywami, mięsem i
jajkiem to specjalność Hiroshimy. Rzeczywiście było smaczne.

Czasami mogliśmy się ubrać we własne koszulki, na przykład podczas zwiedzania
Zamku Nijō w Kioto. Każdy na tym zdjęciu patrzy w inną stronę, a dokładnie w
swój aparat. Ponieważ każdy chciał mieć własne zdjęcie grupowe, OP dostawali
szesnaście aparatów i robili cierpliwie szesnaście takich samych fotografii.

Po spotkaniu czas na wspólne zdjęcie panelistów, OP i szefowej JRP z
gubernatorem Tokio.

Autograf. Od prawej: Marcie Newelskiej ofiaruje Ishihara Shintarō.

Ostatnie chwile przed Szczytem w Kanazawa, pref. Ishikawa. Skoro tematem
przewodnim jest pokój, to należy go zadeklarować odpowiednim gestem.

Obowiązkowym strojem panelistów na wszystkich bankietach i przyjęciach jest
strój narodowy. Czterej panowie w ostatnim rzędzie to od lewej Estonia,
Turkmenistan, Maroko i Uzbekistan. Stojące panie od lewej: Salwador, Chiny,
szefowa JRP Ikezaki Sensei, Mongolia, Japonia, Rumunia, Kenia i Polska. Na
dole od lewej Korea, Kirgistan, Brazylia, Azerbejdżan i Kuba.

Ja i koleżanka z Salwadoru z tokijską host-rodziną Hoshino.

Host-mamy co wieczór przygotowywały podobną ucztę. Większość z nas przytyła w
ciągu tego miesiąca.

Pan Miyazaki - host-tata z Kanazawy uderza w dzwon, by podziękować za szczęśliwe dojechanie i
zwiedzenie świątyni Eiheiji. Między innymi do Eiheiji zabrała mnie moja
japońska rodzina w weekend wolny od zajęć.

Z host-mamą w pięknym ogrodzie Kenrokuen w Kanazawie.

I z host-siostrą (profesjonalną klawesynistką) w Morzu Japońskim.