STRONA GŁÓWNA | AKTUALNOŚCI | JAPONIA | KULTURA | VARIA | LINKI | ARCHIWUM | STUDIA

O NAS| KSIĘGA GOŚCI | KONTAKT | KTO JEST KIM   

[16 czerwca 2005]

Wynurzenia z czarki sake - Nagano
część druga

JA - System rozwoźniczy

Ogromna większość gospodarstw w Japonii zrzeszona jest w Japońskim Agrokulturowym Rolniczym Związku Zawodowym ("JA Nougyou Kyoudou Kumiai"). Jest to bardziej firma, niż związek zawodowy, a obejmuje siatką praktycznie cały kraj. Skomplikowanie zaś jej struktur momentami wydaje się trudniejsze do ogarnięcia od budowy organów Unii Europejskiej. Pobieżnie można jednak podzielić ją na: "ogólną sieć administracyjno -informacyjną" (przyjmijmy skrót "OS"), oraz "lokalny system zarządzania i wymiany informacji" (LS). OS Składa się oczywiście z pewnej liczby LS (prawie każda prefektura ma swój pododdział) oraz z organizmu głównodowodzącego koordynującego działania LS. Jak łatwo się domyślić, OS zajmuje się tym, by poszczególne LS harmonijnie współpracowały ze sobą (a przede wszystkim - z klientem). Jest to jednak czysta administracja, a przecież nie to pojechałem tam badać. Dlatego nie będę wgłębiać się w szczegóły funkcjonowania pokrętnej japońskiej sieci administracyjnej. Pokrótce natomiast chciałbym przedstawić to, co miałem na żywo okazję "dotknąć" w Nagano, czyli lokalny system zarządzania i wymiany informacji.
Oczywiście najniższymi komórkami są poszczególne wiejskie rodziny, które z "tak zwanego dziada-pradziada" parają się rolnictwem (są oczywiście wyjątki, rodziny bez głębszych rolniczych korzeni, ale tych jest oczywiście mniej). Rodzina, u której miałem przyjemność przebywać należy do oddziału LS dla hodowców zielonych i zielonkawych warzyw kapusto podobnych w rejonie Minami-Saku / Minamimaki. Zieleninę zbiera się (shukka) i odwozi do centrali (shuukajo), która rozprowadza towar ciężarówkami do poszczególnych rejonów kraju, gdzie towar jest od razu przewożony do sklepów. Dzięki temu zebrany "owoc natury" trafia na półki najpóźniej 24h od zebrania!
System wydaje się bajecznie prosty. Zbierasz, odwozisz, zgarniasz "sałatę" za kapustę, a na następny dzień twoja zielenina ląduje w sklepie. Oczywiście, by taka kapuściana maszyna działała sprawnie bez zgrzytów i potknięć potrzebne było wprowadzenie w ruch mnóstwa drobnych elementów przy, co jest chyba najważniejsze, wspólnym poparciu "członków wspólnoty". W dwóch słowach o niektórych z tych elementów.

Pudła, polne głośniki i bajka na dobranoc

Każdy rodzaj zbieranego warzywa ma swój rodzaj pudła, z określoną liczbą sztuk, jaką można wcisnąć do środka. Również każda rodzina ma swoją matrycę w drukarni, oraz przydzielony jej numer identyfikacyjny drukowany na każdym z pudeł (a produkuje się ich dość sporo - jedno zamówienie na konkretnego rodzaju kapustę, to około 3000 sztuk pudeł). Po co numer? Z dwóch powodów. Wypłacając pieniądze nie trzeba dociekać adresata po nazwisku (tak samo jak u nas w górach wszyscy górale nazywają się Gąsienica, albo Curuś, tak i większość rodzin tam nazywa się Shinkai, Yoshizawa, lub Idezawa). Po drugie - gdy zostanie popełnione "przestępstwo" w rodzaju zapakowania np. zgniłej w środku sałaty, od razu wiadomo kto jest odpowiedzialny i kogo należy publicznie zbesztać. Dziś już raczej niezmiernie rzadko zdarzają się takie wpadki, ale kilka razy w ciagu jednego sezonu komuś zawsze się zdarzy (^_^"), a wtedy natychmiast pojawiają się w centrali zdjęcia z wiwisekcją rzeczonej nadpsutej sałaty (którą u nas i tak nikt nie zawracałby sobie głowy) i listem "polecającym się na przyszłość do takiego to a takiego Szanownego Pana". Wstyd, częściowa utrata zaufania ze strony klienta, żarty ze strony kolegów - na to może narazić się nieuważny japoński farmer (a wiadomo, że Japończycy tego typu "drobiazgów" nie bagatelizują). A wszystko to przez jedną główkę sałaty!! O sprawnym funkcjonowaniu systemu może świadczyć fakt, że kiedy później udałem się na kilka dni do Osaki, przy wejściu do baru okonomiyaki (co to - patrz Mangazyn nr 4.) trafiłem na pudło kapusty z numerem identyfikacyjnym należącym do naszego sąsiada - a to dopiero miła niespodzianka. Dla porównania można by zadać sobie pytanie, jak u nas wygląda sytuacja tego typu identyfikacji? Echa ostatniej afery z fałszowaniem kolczyków identyfikacyjnych dla krów przeznaczonych na eksport do Unii, jeszcze zdaje się nie ucichły. Jakiś czas temu namiętnie ryczały o tym wiadomości i rozpisywała się pewna wyborcza gazeta. Podobała mi się natomiast jedna z wypowiedzi pewnego rolnika - "cuo za różnica, tuowar to tuowar". No, w sumie racja. Kolejny dowód na to, jak daleko jeszcze jesteśmy nie tylko od orientalnego sposobu myślenia, ale i od okcydentalnego...
Przyjeżdżając na wieś w 2003 roku jedną z pierwszych rzeczy, która rzuciła mi się w oczy, były ogromne słupy z głośnikami umiejscowione co około kilometr. Jednak, gdy spytałem co jest przez nie ogłaszane, otrzymałem tylko krótką odpowiedź: "Posłuchasz wieczorem, przy kolacji". Nie, żebym jakoś specjalnie wówczas przejął się ta sprawą. Właściwie, to do wieczora zdążyłem już o głośnikach kompletnie zapomnieć. Aż tu nagle przy kolacji rozległ się "ping" i popłynęły informacje... "Tu centrala główna Minamimaki. Jutrzejsza norma zbiorów, to 80% sałaty i 60% kapusty pekińskiej; pogoda przyniesie nam jutro nieco zachmurzeń; pozostałe ogłoszenia: zaginęła staruszka, wiek - lat 83, miała na sobie...". Wiadomości dobiegały zarówno z głośników na ulicy, jak i z jednego zainstalowanego w pokoju-jadalni, gdzie właśnie spożywaliśmy kolację (wty dary Matki Natury - sałatka z sałaty, gotowane brokuły, zapiekane kabaczki i inne tego typu "specyjały"). Moja ręka trzymająca pałeczki zatrzymała się wpół drogi i przez kilka minut siedziałem oniemiały w pozie, jakby uchwycony na obrazie Van Gogha "Jedzący kartofle". Pytającym wzrokiem spojrzałem na O-to-sana. "Wiadomości o wymaganych zbiorach na jutro. To nasza bajka na dobranoc" - powiedział - "po niej możemy już spokojnie iść spać."

JA - system kołchoźniczy?

Być może czytając powyższe słowa zastanawialiście się nad tym, co by trybunał w Hadze powiedział na taki system, który zmusza człowieka do pracy od świtu do nocy, wchodzi "z butami" do domu, drąc się przez głośnik rozkazuje ci, co masz robić następnego dnia, gdy raz się pomylisz w trakcie pracy, cała twoja rodzina zostaje wystawiona na pośmiewisko, a na dodatek, wiesz doskonale, że gdybyś chciał działać na własną rękę, to nie udałoby ci się nic sprzedać, bo system trzyma w garści wszystkich klientów, do tego jeszcze te głośniki na polach, jak w obozach koncentracyjnych... "Toż to istne kołchozy i łagry! Że też ci biedni rolnicy nie pozwą tych wszystkich złodziei z administracji do sądu! To powrót do faszyzmu i komunizmu" - tak z pewnością mógłby powiedzieć Andrew Le Perr. Ja, jako wychowany w tak zwanej demokracji, również poddałem w pewną wątpliwość ten system "wyzysku człowieka". Oto, jaką odpowiedź dał mi O-to-san: (oczywiście drobna parafraza) "Kilkadziesiąt lat temu, gdy wszyscy próbowali działać na własną rękę, było strasznie ciężko. Każdy musiał sam troszczyć się nie tylko o pola i zbiory, ale jeszcze o skup towaru, znalezienie klienta, etc. Przy tym wszystkim nikt nikomu nie ufał i trzeba było pilnować własnych pól, by ktoś ci czegoś nie zniszczył. W czasie tajfunu, suszy, czy innych klęsk żywiołowych można było liczyć tylko na siebie. Na dodatek sprzedawało się tylko klientom z niedalekich prefektur, bo nie było komu dowieźć towaru, gdyby w grę wchodził transport, np. na Okinawę, czy na Hokkaido. Pracowało się tak czy inaczej od świtu do nocy, a przy tym te wszystkie problemy. Pomysł skoordynowanego systemu zrodził się więc sam z siebie. Teraz każdy ma swoją rolę przydzieloną w tym układzie - niebieskie kołnierzyki koordynują pracę, ciężarówki uwijają się po całej Japonii, a rolnicy mogą martwić się wyłącznie o swoje zbiory. Dodatkowo pracuje się teraz szybciej, więcej się zbiera, przez co i zysk jest rozsądny. Czy potrzeba większego luksusu? Sztuczne burzenie się na taki obrót spraw jest chyba trochę głupie i dziecinne, nie sądzisz? Pomyśl nad tym." No właśnie. Czy u nas nie dałoby się stworzyć takiego systemu w rolnictwie? Odpowiedź - wydaje mi się, że nie. Dlaczego? Ponieważ my właśnie nie potrafilibyśmy "nad tym pomyśleć". Za to mamy, broniącego interesów naszych biednych rolników, pana Andrzeja z Sił Samoobrony. Niech żyje rewolucja.

Dzień jak co dzień

Życie na wsi, czy to w Japonii, czy w Polsce, jest zdrowe, proste, ale - co wciąż powoduje odpływ młodzieży do miast - monotonne, a nawet nudne. W czas sezonu, w Nobeyamie każdy dzień wygląda dokładnie tak samo. Oczywiście różnić się może miejsce pracy w danym dniu (pole), czy zbierany gatunek kapusty, ale oprócz tego co dzień wykonuje się te same czynności fizjologiczne (wstawanie, pracowanie, jedzenie, mycie, spanie) o niemal tej samej godzinie z dokładnością do minuty. Dla ludzi, którzy tym żyją, oczywiście nie stanowi to problemu. Jeśli jesteśmy jednak tylko "gośćmi z zagranicy", albo pracujemy w takim miejscu dorywczo, w niecały tydzień dostalibyśmy niemałego "kręćka". Pracy jest na tyle dużo, że musiałem zrezygnować z obejrzenia w kinie "Steamboya" wchodzącego właśnie na ekrany (pomijając fakt, że najbliższe kino było o dwie godziny drogi pociągiem, w większym mieście...). Aż chciałby się zaśpiewać, parafrazując Lady Pank - "Kapuściane pole rośnie wokół mnie, w kapuścianym polu jak warzywo tkwię!". Przy tak monotonnym życiu człowiek nagle zaczyna interesować się jednak sprawami, na które wcześniej nie zwróciłby uwagi. Zaczyna się dostrzegać urok rzeczy drobnych. Narodziny szczeniątek u sąsiada, likwidacja gniazda szerszeni w magazynie, odwiedziny pana policjanta, koncert organowy w pobliskim kościółku anglikańskim (tam, gdzie przeważnie przychodzą "dwie osoby na krzyż" nagle robi się ciasno). Takie drobne urozmaicenia życia codziennego mogą wydawać się błahe, ale czyż małe "psiątka" zaraz po urodzeniu nie są słodkie? A dramatyczny pojedynek z kąsającymi "niedźwiedzimi osami" (po japońsku "kuma-bachi"), czyż nie podnosi adrenaliny? Jeśliby je zlekceważyć, mogłoby to być tragiczne w skutkach! Lekceważyć nie wolno również pana policjanta. Co prawda nie kąsa i nie żądli, ale za to... spisuje dane osobowe. Poza tym, wytrzymuje w pełnym mundurze przy temperaturze powyżej 30*C i wilgotności powietrza 80%, co budzi pewien respekt... Pan policjant musi spisać dane każdego zauważonego w okolicy obcokrajowca dla formalności, a to z powodu szerzących się ostatnio w Japonii plag: nielegalnych pracowników (oczywiście podejrzani są głównie Chińczycy; spokojnie, Polacy są poza wszekim podejrzeniem ^___^) oraz kradzieży maszyn roboczych (zgadnijcie kto również i tu jest podejrzany ^__^").
Czy w końcu święta - zarówno wymuszone, jak np. "święto mleka" (bo w Nobeyamie, jak w niewielu rejonach Japonii, produkuje się mleko), czy "święto bębnów taiko" (bo akurat jakiś zespół był przejazdem...), ale także te zwyczajowe, jak o-bon i tańce bon-odori. Każdy sposób jest dobry na urozmaicenie szarej codzienności ("one są zielone...", czy jak to tam mówił Mulder w "Eksfajls"? ^___^). 
A jeśli już absolutnie nie ma co wymyślić, by urozmaicić sobie dzień, zawsze można iść wieczorkiem "na jednego z automatu" (co prawda "w kulkach" jeszcze piwa nie sprzedają, ale kto wie... a w czopkach nie szukałem). 

1 | 2 | >>>

© Japonica Creativa 2002 - 2009