STRONA GŁÓWNA | AKTUALNOŚCI | JAPONIA | KULTURA | VARIA | LINKI | ARCHIWUM | STUDIA

O NAS| KSIĘGA GOŚCI | KONTAKT | KTO JEST KIM   

[10 stycznia 2006]

Japanese New Music Festival 2005

     6 listopada 2005 r. w poznańskiej „Scenie na piętrze” odbył się Japanese New Music Festival 2005 - impreza cykliczna, powtarzająca się co dwa lata w różnych miastach Europy. W Polsce gości już po raz drugi, (koncerty w 2003r. w Katowicach i Warszawie) ale pierwszy raz zawitała do Poznania, w ramach cyklu „Made in jazz”.

     Pomysłodawcą całego przedsięwzięcia jest japoński perkusista, eksperymentator Tatsuya Yoshida, jeden z czołowych twórców japońskiej sceny muzyki improwizowanej, założyciel legendarnej grupy Ruins, którą współtworzył z basistą Sasaki Hisashi. Międzynarodową sławę przyniosły mu występy w zespole Johna Zorna, saksofonisty uznawanego za jednego z największych eksperymentatorów we współczesnej muzyce jazzowej. Yoshida występuje również w kwartecie Satoko Fuji, japońskiej pianistki, z którą gościł w Poznaniu w 2003 roku podczas trasy koncertowej promującej album „Zephyros”. W projekt Japanese New Music Festival zaangażowani są jeszcze dwaj muzycy: Tsuyama Atsushi oraz Kawabata Makoto, z zespołu Acid Mother Temple. Cytując organizatorów, AMT to „zespół uznawany za najbardziej ekstremalną i psychodeliczną grupę świata. Obecnie nagrywa dla wielu wytwórni a ich występy na żywo coraz częściej są określane jako 'legendarne'”. Trójka muzyków w czasie koncertu występuje w siedmiu formacjach. Widzimy więc, że mamy do czynienia z twórcami nietuzinkowymi, którzy w swoich muzycznych poszukiwaniach wędrują daleko poza szlaki utarte przez tak zwaną muzykę „popularną”. Muzyka niszowa, awangarda - jakiejkolwiek nazwy użyjemy, możemy być pewni, że czekają nas niezapomniane wrażenia.

     Podekscytowany, z głową pełną takich właśnie myśli, udałem się 6 listopada o godzinie 20.30 do Sceny na piętrze, by móc skonfrontować wyobrażenia z muzyczną rzeczywistością. Od razu spotkała mnie miła niespodzianka - sala wypełniona do granic możliwości. Moje zaskoczenie wynikało stąd, że cała impreza była fatalnie rozreklamowana. W centrum miasta pojawiło się kilka plakatów, a już następnego dnia nie było po nich śladu. Miałem więc duże obawy co do frekwencji, ale jak się okazało, niepotrzebnie.

     Po tych krótkich (ale w pełni zasłużonych) słowach krytyki, pora przejść do punktu najważniejszego, czyli muzyki. Jest jedno słowo, które nasuwało mi się przez cały czas trwania koncertu i pojawia się w mojej głowie również teraz - improwizacja. Gdyby ktoś poprosił mnie o jednowyrazową recenzję, właśnie tak by ona brzmiała. Improwizacja. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że nie odkrywam niczego nowego. Mówimy przecież o muzykach tworzących japońską scenę muzyki improwizowanej. Zaraz potem pojawiają się następne skojarzenia: żart i zabawa. Ale po kolei.

     Jako pierwszy na scenie pojawił się zespół Seikazoku w składzie Kawabata (skrzypce, gitara elektryczna), Tsuyama (gitara basowa, flet poprzeczny), Yoshida (perkusja, pianino). Wytęp doskonale wprowadził nas w klimat całego koncertu. Szybkie dźwięki perkusji Yoshidy w połączeniu z głębokim brzmieniem basu Tsuyamy, oraz przeciągłe, przypominające jęki dźwięki wydobywane przez Kawabatę na gitarze za pomocą smyczka. Muzyka łącząca jazz z rockiem progresywnym, a wszystko przyprawione motywami muzyki etnicznej. Mówiąc krótko - mieszanka wybuchowa, ładunek energii, będący w stanie pobudzić każdego.


Kawabata Makoto w czasie występu z zespołem Seikazoku, który rozpoczął JNMF

     Po tym mocnym początku przyszła pora na chwilę wytchnienia. Na scenie pojawili się bowiem Yoshida oraz Tsuyama tworzący zespół Akaten. Muzycy rozbawili publiczność do łez. Występ Akaten to coś z pogranicza muzycznego happeningu i performance’u. Instrumentem może być wszystko, a muzycznych inspiracji dostarczyć potrafi nawet transmisja walki sumo. Nożyczki, suwaki spodni i kurtek, puste butelki użyte jako instrumenty. Utwory na szczoteczki do zębów, butelkę i kieliszek do wina. Najbardziej do gustu przypadła mi kompozycja odegrana na aparatach fotograficznych. W rytm uruchamianej migawki, muzycy odśpiewali rzewną pieśń do drogich, ale wspaniałych aparatów produkcji japońskiej. Nie gorsza była kompozycja na temat recyklingu odegrana na pustych butelkach. Wielka improwizacja, przypominająca muzyczny żart.


Solo na szczoteczce do zębów. Duet Akaten w akcji. Z lewej strony Tsuyama, a obok Yoshida


Akaten - Tatsuya Yoshida wykonuje pieśń na cześć japońskich aparatów.


Akaten - utwór na temat recyklingu

     Następny na scenie, dla kontrastu, wystąpił zespól Shrimp Wark, czyli projekt Yoshidy oraz Kawabaty. Kolejna podróż w odległe muzyczne regiony. Spokojne dźwięki perkusji Yoshidy i transowe hipnotyzujące brzmienie gitary Kawabaty. Ten występ najmniej przypadł mi do gustu. Tym razem muzycy nie zdołali porwać mnie ze sobą w swoją osobliwą podróż.


Shrimp Wark - Gitara w rękach Kawabaty przestaje być instrumentem szarpanym...

     Po Shrimp Wark do dwójki muzyków dołączył Tsuyama i w ten sposób rozpoczął się koncert tria wokalnego Zubi Zuva X, czyli kolejny muzyczno-teatralny (!) szał. Słowa Zubi Zuva stały się podstawą wielkiej improwizacji muzycznej. Artyści biegali wokół mikrofonu, krzyczeli, śpiewali używając szerokiej skali, barwy, brzmienia głosu. Stopniowo wszystko zaczynało przyspieszać, dźwięki zlewały się w jeden wielki hałas. Wszystko odbywało się w ruchu, zaczęły pojawiać się gesty ilustrujące muzykę (łoś?). Coraz szybciej, szybciej. W kulminacyjnym momencie Yoshida, pochłonięty improwizacją, nie zauważył końca sceny i spadł na publiczność, a konkretnie na krzesło piszącego te słowa. Muzyczny szał, który ciężko oddać słowami. Muzyka, taniec, gesty, które bawią do łez. Występ kosztował muzyków sporo wysiłku - schodzili ze sceny zlani potem, nie obyło się więc bez krótkiej przerwy.


ZuBi Zuva X, czyli alternatywne trio wokalne. Od lewej Yoshida, Tsuyama, Kawabata


ZuBi Zuva X - improwizacji ciąg dalszy

     Drugą część festiwalu rozpoczął projekt Ruins Alone, czyli solowy występ Yoshidy, który zagrał składankę najbardziej znanych utworów Ruins, ale tym razem bez basisty Hisashi Sasakiego, który opuścił zespół kilka lat temu. W czasie występu partie Sasakiego odtwarzane były z samplera, który na pewno nie był w stanie oddać dźwięku „żywego” basu, ale mimo wszystko muzyka Yoshidy abroniła się. Szybkość i technika gry były naprawdę olśniewające. Przyglądając się występowi, cały czas zastanawiałem się, po którym uderzeniu Yoshidzie złamią się pałeczki. Muzyka głośna, szybka i hałaśliwa, a przez to trudna w odbiorze, ale warto pokonać początkowy szok i wsłuchać się w te dźwięki. Żeby oddać klimat utworów zacytuję zdanie Rafała Księżyka, który tak opisywał muzykę zespołu Ruins „Przełożona na dźwięki japońska wścieklizna spod znaku banzai i harakiri...”. Coś w tym jest.


Ruins Alone - Yoshida tym razem solowo

     Po takiej dawce ciężkiej muzyki przyszła pora na duet Tsuyamy i Kawabaty – Zoffy. Kolejna porcja muzycznej zabawy. Podróż poprzez klasyczną muzykę azjatycką, rock, aż po standardy jazzowe grane na daikonie (białej rzepie/rzodkwi japońskiej). Daikon jako trąbka Miles’a Daves’a? Czemu nie? Tutaj wszystko jest możliwe. Nie ma żadnych ograniczeń. Kto powiedział, że nie można stać się na chwilę Bobem Dylanem? Muzycy świetnie się bawili parodiując znane utwory, a publiczność nie mogła powstrzymać śmiechu.


Zoffy - Tsuyama Atsushi wykonuje standard Miles'a Davis'a na daikonie.

     Jako ostatni na scenie zaprezentował się zespół Acid Mothers Temple, w którym występowali wszyscy muzycy. Grupa zaliczana do nurtu psychodelicznego rocka, zaprezentowała dwa utwory, a raczej kompozycje, z których każda trwała około dwudziestu minut. Tutaj na pierwszy plan wysuwał się Kawabata, wydobywając ze swojej gitary niesamowite dźwięki. Skakał, wił się po ziemi, klęczał. Występ AMT był mocnym akcentem kończącym Japanese New Music Festival. Artyści schodzili ze sceny żegnani gorącymi oklaskami, które nie ustawały, gdyż publiczność chciała bisu. Muzycy długo kazali na siebie czekać, ale w końcu pojawili się na scenie by zagrać jeden dodatkowy kawałek – na więcej nie starczyło im sił. Po takim muzycznym „maratonie” (koncert trwał blisko trzy godziny) zmęczenie musiało dawać się we znaki.


Acid Mothers Temple - Kawabata Makoto wykonuje kolejną solówkę.


Tsuyama Atsushi w czasie występu Acid Mothers Tepmle

     Improwizacja, energia, humor - tak krótko można streścić Japanese New Music Festival 2005. Ciężko te muzykę zaszufladkować, wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Blisko jej do rocka, ale tak samo blisko do jazzowej awangardy. Chyba najprościej używać określenia muzyka improwizowana. Jedno na pewno można powiedzieć - koncert był niesamowity. Rzadko w Polsce mamy okazję posłuchać muzyków japońskich na żywo. Warto więc korzystać z każdej sposobności. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim ta muzyka przypadnie do gustu. Momentami bywa bardzo ciężka w odbiorze, ale jeśli wsłuchać się i przełamać pewną barierę, można znaleźć w niej naprawdę wiele ciekawych rzeczy. Dla nas, ludzi zainteresowanych Japonią, ma to dodatkowe znaczenie, pozwala poznać kolejny aspekt japońskiej kultury, o którym do tej pory mogliśmy w ogóle nie mieć pojęcia. Innymi słowy, warto połączyć przyjemne z pożytecznym i udać się na następną edycję Japanese New Music Festival. Ja już nie mogę się doczekać.

Adam Król

© Japonica Creativa 2002 - 2009