![]() |
||
STRONA GŁÓWNA | AKTUALNOŚCI | JAPONIA | KULTURA | VARIA | LINKI | ARCHIWUM | STUDIA |
||
![]() |
||
|
[4 października 2005]
JAPAN NOW 2005 Trzy lata temu Shigeo Makabe (reżyser teatralny z Tōkyō) oraz Imre Thormann (choreograf i tancerz butō z Bernu) wpadli na pomysł, aby zaprezentować europejskiej publiczności namiastkę współczesnej sztuki japońskiej. Wspólnymi siłami stworzyli festiwal o niebanalnej nazwie "Japan Now". W imprezie brali udział artyści zarówno żyjący na co dzień w Japonii, jak i tacy, którzy wyjechali poza jej granice. Tegoroczna, trzecia już edycja festiwalu, odbyła się w trzech miastach Europy: Bernie, Berlinie i Krakowie. Dla polskiej publiczności był to festiwal niewątpliwie trochę pechowy. Pechowy, bo niekompletny. Zabrakło ciekawie zapowiadającego się występu Yui Kawaguchi i Yuko Matsuyama. Artystki bez podania konkretnego powodu zapowiedziały, iż nie zatańczą i tyle. Koniec, kropka. A szkoda. Druga przykra niespodzianka czekała nas tuż przed spektaklem grupy teatralnej OM-2. Otóż kilka dni wcześniej główny aktor złamał nogę podczas przedstawienia w Berlinie i reżyser został zmuszony do zaprezentowania nam trochę okrojonej wersji swojego spektaklu. To już zabolało. Ale to, co mieliśmy okazję zobaczyć w Krakowie było i tak warte przejechania całej Polski. W końcu nie codziennie mamy do czynienia w naszym kraju z japońskim teatrem, tańcem, muzyką... Przynajmniej nie w wersji "live".
Taniec butō Imre Thormanna zainaugurował polską część festiwalu. Występ
pt. "Voyager" wziął swą nazwę od statku kosmicznego, który 28 lat temu
opuścił nasz układ słoneczny. Na jego pokładzie znajdowały się symbole
naszych czasów: filmy, zdjęcia, muzyczne przeboje. Thormann stał się
podróżnikiem, który wyruszył we własną podróż. Podróż przez życie. Swój
występ rozpoczął w absolutnych ciemnościach. Ubrany w białą suknię
powoli, konsekwentnie brnął przed siebie. Głuchą ciszę od czasu do czasu
przecinały dźwięki kompozycji Nika Baertscha. Taniec Imre Thormanna był
dość lakoniczny, bardzo oszczędny, jakby zawieszony w czasie. Momentami
aż nudny. Mimo iż tancerz się starał, jakoś nie potrafił wywołać
poruszenia u swych odbiorców. Przynajmniej ja odniosłam wrażenie, że nie
był do końca prawdziwy. Po prostu nie uwierzyłam mu... Występ nie był
zły, był... przyzwoity. Ale dla takiego artysty - to chyba obraza.
Po tym trochę bezbarwnym początku, przyszła pora na nieco ciekawsze
części programu. Cały festiwal odbywał się w Centrum Sztuki i Techniki
Japońskiej "Manggha", z wyjątkiem jednego spektaklu. Grupa teatralna Zinjanthropusboisei (nazwa zapożyczona notabene od jednego z
najstarszych plemion odkrytych w Afryce) miała zaszczyt wystąpić w
krakowskiej PWST. Sztuka Alfreda Jarry "Ubu Rex" została przeniesiona na
scenę w nieco innej, zupełnie antynaturalistycznej konwencji. Opowieść o
pragnieniu i dążeniu do zdobycia władzy, o zbrodni i konsekwencjach.
Klasyczna historia przedstawiona w trochę nieklasyczny sposób. Świat
zaaranżowany na scenie przesycony został groteską i komizmem. Choćby
wciąż powracający motyw zabójstwa króla, którego szkielet pojawiając się
to tu, to tam, towarzyszy do końca przedstawienia. Wygląd, czasem
animalistyczny sposób gry aktora potęgował poczucie odrealnienia.
Ponieważ akcja spektaklu toczy się w neutralnej, nie biorącej udziału w
żadnych konfliktach zbrojnych (przynajmniej przez ostatnie 60 lat)
Japonii, rodzą się wątpliwości co do rzeczywistych pragnień człowieka i
prawdziwej ludzkiej natury. Teoretycznie przecież wszyscy pragniemy
spokojnego, łatwego życia, a mimo tego spala nas obsesyjna żądza
uczestniczenia w gwałtach, rozbojach i innych okrucieństwach tego świata.
A wszystko po to, by zademonstrować swą potęgę i jednocześnie zagarnąć
jej coraz więcej. "Ubu Rex" w wykonaniu Japończyków z Zinjanthropusboisei
wzbudza lekki niepokój, gdyż przewiduje takie ewentualności, na które my
sami nie jesteśmy absolutnie gotowi. Wprowadza w życie misternie uknuty
plan. A aktorzy fantastycznie wprowadzili go na scenę. Za co dostali z
resztą gromkie brawa.
Na sam koniec festiwalu organizatorzy zafundowali nam przysłowiowy gwóźdź
programu. Wspomniana już grupa OM-2 przyjechała do Polski z
przedstawieniem pt. "Hamletmaschine" opartym na sztuce Heinera Müllera.
Spektakl w swym pierwotnym założeniu poprzez historię Hamleta miał
ukazywać sprzeczności i konflikty dzisiejszego Tokyo. W Krakowie
zaprezentowano nieco krótszą wersję tej realizacji scenicznej. Pomimo tej
zmiany, byliśmy świadkami czegoś zupełnie niesamowitego. Nie było
wielkich teatralnych gestów, pompatycznych tańców czy przesadnej
egzaltacji. Introwertyczna gra aktorów tylko niekiedy znajdowała
odzwierciedlenie w ruchu i ciele. Byliśmy świadkami bardzo silnych emocji
i niesamowitej koncentracji. Ten niemalże autystyczny świat wykreowany na
scenie uderzał mocniej niż tysiące słów. Chłopak lepiący z gliny ludzką
postać, a potem niszczący ją w dzikiej furii. Postać dziewczyny
zamkniętej w wielkim balonie, szukającej drogi ucieczki. Pan z parasolką
rozrzucający setki tych samych zdjęć. No i ludzka maszyna wystukująca
bolesne historie. Różne opowieści, różne osobowości i osobliwości. A
pośrodku wszystkich Atsushi Sasaki ze złamaną nogą, na wózku inwalidzkim.
Wrażenie jeszcze bardziej przytłaczające i przygnębiające. Nic dziwnego,
że to tu, to tam ktoś pociągał nosem.
| ||
|
Japonica Creativa 2002 - 2009 |