STRONA GŁÓWNA | AKTUALNOŚCI | JAPONIA | KULTURA | VARIA | LINKI | ARCHIWUM | STUDIA

O NAS| KSIĘGA GOŚCI | KONTAKT | KTO JEST KIM   

[22 lutego 2005]

O, ludzie!

   Kiedy przeciętny Polak próbuje wyobrazić sobie przeciętnego Japończyka, przed oczami staje mu zazwyczaj młody pracownik biurowy w garniturze, spieszący na pociąg do pracy. Japonka to teraz, pomijając tradycyjny wizerunek potulnej kobiety w kimonie, młodziutka, nieporadna, śliczna dziewczynka w szkolnym mundurku. Do tego dochodzą, oczywiście, skośne oczy oraz cała masa elektronicznych gadżetów, bez których rzekomo statystyczny Japończyk nie może się obejść. Portret kolorowych, niepoważnych japońskich młodzieniaszków utrwalają w zbiorowej świadomości media. Na przykład "Wysokie obcasy" (sobotni dodatek do "Gazety Wyborczej"), w serii artykułów o życiu w Japonii, raczą czytelnika zdjęciami uśmiechniętych par w fantastycznie wymyślnych pokojach "hoteli miłości", gdzie łóżko może mieć kształt statku kosmicznego, czy też fotografiami zdziecinniałych kobiet w za luźnych skarpetkach i kolorowych ciuszkach, trzymających w rękach telefony komórkowe obwieszone plastikowymi wisiorkami i obklejone miniaturowymi zdjęciami koleżanek. Japonia to tamagotchi, głupiutka manga i hałaśliwe karaoke. Czysta egzotyka. Nic bardziej mylnego...

   Nazwisko Hiro Kikai, wyczytane przypadkiem w rubryce kulturalnej jednej z gazet, nie mówiło mi zupełnie nic. Kiedy stanęłam przed poznańskim "Zamkiem", aby zobaczyć wystawę zatytułowaną "persona", nie miałam pojęcia, że już kiedyś oglądałam prace tego artysty. A jednak, już z samej okładki tomu "Literatury na świecie" poświęconego Japonii (nr 1-2-3/2002: „Japonia”. Biblioteka Narodowa, Warszawa 2002) spoglądała na mnie kobieta sfotografowana przez Kikai'a, a kolejne tłumaczenia japońskich tekstów przeplatane były czarno-białymi portretami ludzi ani szczególnie pięknych, ani modnie ubranych.
   Zabawne, że aby dojść do sali z wystawą "persona", musiałam przejść dwa inne pomieszczenia prezentujące ilustracje do bajek. Z każdej strony otaczały mnie fantastyczne, nierealne krajobrazy, wyidealizowane księżniczki, kolorowe smoki. I nagle, na progu Galerii Fotografii PF, bajka się skończyła. Znalazłam się sam na sam z szarymi ludźmi. Patrzyli na mnie ze ścian, to z wyrazem cierpienia na twarzy, to z lekkim uśmiechem, a nawet po prostu obojętnie. Ponieważ frekwencja tego dnia nie była raczej rekordem owej galerii, miałam dla siebie całą salkę i tych wszystkich przechodniów, którzy dali sobie zrobić zdjęcie na tle świątyni Sensoji w tokijskiej dzielnicy Asakusa. Patrzyliśmy sobie w oczy, a w okolicach mojego żołądka narastał ciężar. To było wrażenie, ogromne i nieznośnie ciężkie, które przykuło mnie do podłogi i kazało patrzeć.

   Po lewej od wejścia było zdjęcie młodej dziewczyny. Ale jeśli ktoś na dźwięk tego słowa wyobraża sobie słodką chudzinkę o różowych usteczkach, niech tym bardziej zainteresuje się twórczością Hiro Kikai. Ta miała na sobie szerokie, potargane ciuchy, włosy w nieładzie i nawet ładną twarz, gdyby nie ciemne blizny po ostrym trądziku na policzkach. A podpis pod zdjęciem "Kobieta z kolczykami" zawdzięczała tymże ozdobom umieszczonym w kilku miejscach na twarzy. Między innymi w skórze nad nosem. Jak dla mnie, świetny styl, bliski memu sercu, ale sezonową gwiazdką, wdzięczącą się w reklamie oranżady, raczej nie mogłaby zostać. I nie zobaczylibyśmy jej zdjęcia, bo, w gruncie rzeczy, nie jest egzotyczna. W Polsce też mamy brzydkich ludzi z kolczykami, więc kto chciałby oglądać taką Japonkę?
   Tak samo nikt nie zrobiłby zdjęcia mężczyźnie o przerzedzonych, tłustych włosach, w brudnej kurtce z wypchanymi kieszeniami. Mimo, iż zdjęcie jest czarno-białe, wyraźnie widać, że twarz i ręce ma brudne. Ale największe wrażenie sprawia wyraz owej twarzy. Nie wiadomo, czy wyszczerzone zęby w wykrzywionych ustach to grymas cierpienia, czy próba uśmiechu zmęczonego, schorowanego człowieka, który, według mnie, może mieć najwyżej czterdzieści lat. Bo łatwo się domyślić, że w kieszeniach upchany jest cały jego dobytek. A okazja do uśmiechu niecodzienna. Pod fotografią widnieje bowiem podpis: "Mężczyzna, który mówi, że od bardzo dawna nie był fotografowany"... To jest moje ulubione zdjęcie. Wywołuje najwięcej emocji, ciężar w żołądku się zwiększa. Sam obraz - ot, kolejny bezdomny. I chwila refleksji. Bezdomny w kraju wielkiego sukcesu gospodarczego? Brzydki, marny bezdomny w kraju wytwornej ikebany i słodziutkiej Hello Kitty? A jednak. Nawet w dalekiej Japonii mają takich samych bezdomnych, co w naszej zwykłej Polsce. Pewnie pachną tak samo przykro. Pewnie ludzie omijają ich takim samym szerokim łukiem. I nieczęsto ktoś robi im zdjęcia. Podpis, jedno zdanie dodaje obrazowi unikalną, zapadającą w serce historię. Od bardzo dawna, czyli od kiedy? Od rodzinnej fotografii z dzieciństwa? Porusza mnie to, że ten człowiek będzie miał jakiś dowód swojego istnienia. Pewnie głęboko w kieszeni schował swoje własne zdjęcie, o ile jeszcze kiedykolwiek spotkał Kikai'a i miał okazję je dostać.

   Nie wszystkie fotografie robią na mnie tak przygniatające wrażenie. Na przykład "Stary człowiek o przenikliwym spojrzeniu", to właśnie taki staruszek w schludnym garniturze, oparty na lasce. "Pielęgniarka z oddziału wewnętrznego" jest pulchną dziewczyną o pospolitych rysach, ubraną w równie pospolity sweterek. Wyróżnia się może "Introligator", najpierw w kimonie, z naszyjnikiem i kolczykiem w uchu (to zdjęcie umieszczono chyba także we wspomnianym wydaniu "Literatury na świecie"), a na kolejnym zdjęciu, po sześciu miesiącach, nosi perukę i jeszcze bardziej wytworne damskie kimono. Ale właściwie, czy w Polsce nie można spotkać mężczyzn w sukienkach? Gdyby zakryć tym niecodziennym modelom skośne oczy i poprosić kogoś o określenie ich narodowości, japońskie pochodzenie nie byłoby takie oczywiste. Co prawda, niektórzy ubrani są w kimona, ale jak na ironię, w czymś na kształt właśnie narodowego stroju Japończyków sfotografowana została kobieta o rysach zupełnie nieazjatyckich. Polska pielęgniarka ubrałaby się tak samo jak japońska. Włoska też. I bułgarska. I każda inna. I każdy inny człowiek mógłby być na miejscu tych ludzi, którzy w swoim cierpieniu, starości, biedzie, czy szarości zupełnie nie przypominali bohaterów reportaży o kolorowych i zabawnych Japończykach. Hiro Kikai bowiem, w moim odczuciu, nie pokazuje nam portretów Japończyków, ale ludzi. Chce, żeby każdy oglądający, czy to w Poznaniu, czy w Londynie zobaczył w nich najpierw ludzi, a potem "potomków samurajów i gejsz". Wszystkich nas czeka starość i cierpienie, większość z nas nie wyróżnia się z tłumu. Większość z nas nigdy nie zobaczy swojego zdjęcia w ogólnokrajowym magazynie. To nas łączy. Japończycy są pod tym względem tacy sami. Anglicy i Słoweńcy też. Te cechy sprawiają, że wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi. Dlatego pozbądźmy się stereotypów w patrzeniu na Japończyków i skierujmy naszą uwagę na to, co wspólne, a nie to, co egzotyczne.

   Dopiero po przejściu dookoła sali zwróciłam uwagę na wiszące na drzwiach wprowadzenie do wystawy napisane przez dra Wiesława Rządka. Od razu rozwiało ono moją wątpliwości a propos tła fotografii. Każdy "model" miał bowiem za sobą jednolicie szare tło, czasem złamane promieniem światła. Nie wierzyłam, żeby Kikai'owi udało się zaprosić tak wielu (a raczej takich) ludzi do studia fotograficznego. Okazało się, że szarość udawana jest przez cynober świątyni Senso w Asakusa w Tokio, która sama w sobie, choć niewidoczna, zawiera ukryty przekaz. Asakusa jest obecnie traktowana jako nieco podrzędna dzielnica Tokio, daleka od splendoru i blichtru hałaśliwych dzielnic handlowych. Tak samo jak niezamożni mieszkańcy tej dzielnicy... Hiro Kikai spędził tam ponad trzydzieści lat, kiedy tworzył obszerną serię "persona". Rezultatem są na przykład pary zdjęć tej samej osoby zrobione na przestrzeni kilkunastu lat. Choć osobiście miałam przykre wrażenie, że większość zmian w tych ludziach była na gorsze, pocieszająca była jedna stateczna pani w kimonie, która, pomimo upływu lat, na obu zdjęciach wyglądała podobnie.
   W owym wprowadzeniu spodobał mi się fragment wyjaśniający główną ideę cyklu "persona", który, choć w tekście dra Rządka stanowił wstęp, tu będzie bardzo dobrze wyglądał na końcu.

   Fazan, pochodzący z Samarkandy mistrz buddyzmu chan (jap. zen), żyjący w Chinach w latach 643-712, na prośbę cesarzowej Wu skonstruował w pałacu cesarskim pokój luster, by zilustrować idee swej szkoły. Wybrał on do swego doświadczenia obszerną komnatę, której ściany, podłogę i sufit pokrył lustrami zogniskowanymi w centrum pomieszczenia. Zapalona w środku pokoju świeca odbijała się we wszystkich lustrach, które jednocześnie odbijały siebie nawzajem. Usytuowany w centrum obserwator widział nieskończenie wiele obrazów, połączonych ze sobą i oddziałujących na siebie nawzajem. Lustro pozostaje po dziś dzień jedną z ulubionych metafor buddyzmu zen. Kiedy wydany w formie albumu, autorski cykl fotografii "Persona", zdobył w roku 2004 Ken Domon Award, Hiro Kikai podkreślał znaczenie kompozycji książki, której kwadratowa forma jego zdaniem oferuje odbiorcy możliwość swobodnego, indywidualnego definiowania miejsca obrazu, ułatwiając przemianę jego fotografii w rodzaj lustra właśnie, w którym wraz z wizerunkiem wyobrażonych postaci dostrzegamy samych siebie."

Marta Newelska

Hiro Kikai - "persona"
07 lutego - 03 marca 2005
Centrum Kultury "Zamek" - Galeria Fotografii PF
wstęp - 1zł

próbka twórczości Hiro Kikai

Cały tekst, podobnie jak wszystkie publikacje Koła Naukowego Japonica Creativa, objęty jest prawami autorskimi.

© Japonica Creativa 2002 - 2009