|
[19 listopada 2005]
Dzień na poznańskiej japonistyce -
fotoreportaż

Oto gmach naszego wydziału tak wielki, że nie mieści się w kadrze, nawet kiedy
stanie się po drugiej stronie ulicy Międzychodzkiej. Dlatego nie widać okien
trzeciego piętra, z których my oglądamy podczas zajęć budynek naprzeciw.

Według tablicy przy wejściu wciąż jesteśmy "katedrą", choć od maja studiujemy w
"instytucie". Nad wejściem nr "5" - dokładny adres dla wszystkich, którzy
chcieliby wpaść na spotkanie Creativy.

Aby dostać się na trzecie piętro, można skorzystać z pięknej, futurystycznej
windy, jak to uczynił prezes naszego koła Michał "Tori" Ptaszyński, który w
tonacji blue wyszedł cokolwiek demonicznie.

Po wyjściu z windy i minięciu toalet trafiamy na oświetlony nastrojowo korytarz.
Jest to z pewnością jeden z niewielu korytarzy na polskich uczelniach, którego
całą szerokości można objąć jednym ujęciem, i to pionowym.

A pod lampionem drzwi do pokoju nr 305, czyli sekretariatu, w którym jedna Pani
Basia kieruje życiem całego wydziału.

Oto ten sam korytarz podczas przerwy. Kolejną jego niezwykłą właściwością jest
to, że zaledwie osiem osób jest w stanie zrobić w nim prawdziwy, namacalny tłok
i ścisk. Jest to zapewne rozmyślne działanie władz uczelni mające na celu
przyzwyczajenie nas do życia w klaustrofobicznych warunkach japońskich.

Po lewej stronie tablicy ogłoszeń dla japonistów wiszą nasze plany zajęć, a do
dolnej ramy przytwierdzonych jest pięć kopert, w których zostawiamy spóźnione
zadania domowe, a potem je stamtąd odbieramy już poprawione.

Zaraz obok tablicy japonistycznej wisi dumnie nasza maleńka tzw. "gazetka
ścienna", która jest na uczelni mniej więcej tym, czym
Strona Główna tutaj. Cóż z tego, że jest to szary koniec korytarza...

Na ten szary koniec zapuściły się dwie członkinie naszego koła - Aiko Soematsu i
Justyna Stypaniak oraz kolega Maciek z drugiego roku. W tle po lewej egzotyczne
ozdoby na drzwiach do sali sinologicznej.

A obok tych drzwi - ulubiony przez dra Jabłońskiego (opiekuna naszego koła)
element wystroju korytarza - ciężka czerwona gaśnica, która wspaniale komponuje
się z odpryskami farby na ścianie. Gaśnica znajduje się naprzeciw sali 306, w
której spotyka się Creativa - to na wypadek, gdyby atmosfera zrobiła się zbyt
gorąca.

Nalepka takiej ciekawej treści znajduje się na drzwiach pokoju wykładowców (na
lewo od gaśnicy). Napis po japońsku znaczy: "Uwaga! Tutaj bywają niedźwiedzie."
Cóż, niektórzy wykładowcy faktycznie są postawni...

Pora zacząć zajęcia z języka japońskiego, które, dla wygody, odbywają się w
grupach. Ponieważ na trzecim roku jest czternaście osób, to w jednej grupie jest
nas aż siedmioro. Z tego jedna osoba nieobecna, jedna robi zdjęcia i tyle nas
zostaje...

Fukai sensei przemieszcza się po sali tak szybko, że rzadko wychodzi na
zdjęciach nie rozmazana. Równie szybko mówi, co stanowi dla nas nie lada
wyzwanie intelektualne - tzw. "rozumienie ze słuchu".

W parach przygotowujemy bardzo życiowy dialog zaczynający się od słów: "Jak się
czyta te przeklęte krzaczki?!" Z pewnością przyda się tym, którzy kiedyś wyjadą
do Japonii.

Ten akurat dialog leci mniej więcej tak: "Co tam jest napisane?" "Tam? Że to
toaleta damska..." "A co to znaczy?" "No, że tylko kobiety mogą korzystać..." i
tak dalej w stylu "głupi gaijin pyta".

Na ostatnie dziesięć minut władzę przejmuje Karolina Kuran z V roku (nota bene
członkini Creativy), która uczy nas typowych dla języka japońskiego wyrażeń
onomatopeicznych. Na przykład "fua-fua" znaczy "mięciutki", a "doki-doki" - "tak
mi serce wali!" (to ostanie zresztą przewija się w co drugiej mandze o miłości)

Piętnaście minut przerwy spędzimy w bibliotece. Akurat udaje się złapać kolejną
Creativowiczkę - Marcelę Leśniczak z V roku - na tle księgozbioru
japonistycznego.

Nie trzeba się tu od razu uczyć - można też na przykład sprawdzić pocztę, albo
poszukać czegoś w internecie. Ta koleżanka została ujęta na tle książek
arabistycznych.

Tak prezentują się półki ze słownikami japońskimi. Na szczęście wiele z nich
jest japońsko-angielskich.

Przed wyjściem rzut oka na księgozbiór podręczny - bardzo przydatne encyklopedie
japonistyczne oraz wszelkiego rodzaju wydawnictwa albumowe.

Zaczynamy kolejne zajęcia - gramatykę z Ikushimą sensei, która całkiem poważnie
zajmuje się kaligrafią japońską, organizując między innymi wystawy w Poznaniu.

I to właśnie profesjonalne podejście skłoniło sensei do refleksji, że my na
trzecim roku nadal bazgrolimy, więc trzeba nam zadać do domu naukę pisma od
podstaw na takich wielkich arkuszach.

Po sprawdzeniu pierwszej partii "zadań karnych" Ikushima sensei pokazuje nam,
jak unikać błędów, które narobiliśmy mimo starań.

"Ola-san, więc tak napisałabyś tatsu (stać)? A ja napisałabym trochę
mniej wygiętą kreseczkę na górze...

... o tak!" - ciach, ciach, ciach!

Oczywiście, nie samym japońskim człowiek żyje. Obowiązkowy jest drugi język
orientalny. Może to być na przykład tamilski z mgr Natalią Świdzińską, która
akurat opowiadała nam, że Tamilowi nie można zadać pytania sugerującego
odpowiedź: "Bo zapytacie państwo: Czy ta świątynia jest w waszej wsi ważna?
Odpowiedzą: Tak, tak! Ważna, ważna!...

... Natomiast, jeśli zapytacie państwo o dokładnie to samo: Czy ta świątynia
jest wam obojętna?, to odpowiedzą: Tak, tak! Zupełnie obojętna!"

Po południu automat do kawy na parterze staje się miejscem licznych pielgrzymek.
To bynajmniej nie dlatego, że do piętnastej nikt nie potrzebuje kawy - po prostu
wtedy jest jeszcze otwarty uczelniany bufet, a później trzeba już sobie radzić z
maszyną.
Tym akcentem kawowym i promiennym uśmiechem prezesa Toriego (który po pierwszym
łyku mruknął: "Mazui!" - w wolnym tłumaczeniu: "Obrzydlistwo!") kończymy nasz
dzień na japonistyce. A ponieważ powszechnie wiadomo, że fotografia kłamie,
zapraszamy do zweryfikowania przedstawionej tutaj rzeczywistości.
Zdjęcia i tekst: Marta Newelska
|