STRONA GŁÓWNA | AKTUALNOŚCI | JAPONIA | KULTURA | VARIA | LINKI | ARCHIWUM | STUDIA

O NAS| KSIĘGA GOŚCI | KONTAKT | KTO JEST KIM  


Relacje studentów z egzaminów wstępnych

Marek (2006)
"Kiedy zobaczyłem znajomą twarz doktora Jabłońskiego, którego znałem ze spotkań Creativy, mój poziom stresu znacznie się zmniejszył."

Justyna (2003)
"Pytano mnie o książki o Japonii, jakie przeczytałam. Wyszło na to, że w końcu mówiłam o tych, których nie czytałam, ale bardzo bym chciała."

Karolina (2003)
"Kandydacie, nie poddawaj się po pierwszej porażce! No i nastaw się na to,  że egzaminy wstępne to nic w porównaniu z tym co będzie potem... ;)"

Michał (2001)
"O ile wiedza jest tym, co daje nam podstawę do przejścia pomyślnie przez rozmowę, to tak naprawdę nasze nastawienie i elastyczność jest tu najważniejsza."

Weronika (2003)
"Dr Jabłoński uśmiechnięty od ucha do ucha zapewnia zestresowaną młodzież, że tu nikt nie gryzie i absolutnie proszę się nie bać..."

Marta (2003)
"A potem się pytają, czemu chcę to studiować, a ja im, że żeby mieć męża Chińczyka! Serio! Hihihi! Nie spotkałam jej, o dziwo, na korytarzach uczelni w październiku. Serio."

Adam (2005)
"Lepiej dokładnie przeczytać dwie, trzy książki, niż pobieżnie przejrzeć dwadzieścia."

Sławek (2005)
"Jeśli ktoś liczy na gotowy przepis na sukces, to niech wie, że coś takiego nie istnieje."

Mia (2004)
"Nie piszę tego, by się chwalić, tylko by zwrócić uwagę, że warto opowiadać o sobie, o swoich doświadczeniach, by naprowadzić komisję na temat rozmowy."

Agata (2005)
"Komisjom udało się kilka razy wywołać we mnie zdziwienie.  Na polskim, na przykład, zostałam poproszona o opowiedzenie dowcipu."

Wojtek (2005)
"Warto mieć chociaż podstawową wiedzę na temat polityki, czy historii najnowszej. No i przede wszystkim nie warto się stresować. :-)"

Magda (2005)
"Wszystkim zdającym polecam zastanowić się, dlaczego właściwie tak bardzo chcą iść na te studia, bo to tylko droga do czegoś, a nie cel sam w sobie."

 

Marek
2006

"Kiedy zobaczyłem znajomą twarz doktora Jabłońskiego, którego znałem ze spotkań Creativy, mój poziom stresu znacznie się zmniejszył. "

     Mój egzamin, ze względu na to, że zdawałem tzw. „starą maturę”, składał się z trzech części: rozmowy z zakresu języka polskiego, angielskiego (jeśli ktoś taki wybrał), oraz tej dotyczącej motywacji, zainteresowań, wiadomości o Japonii itp.

     Ze względu na liczbę chętnych, egzaminy odbywały się wciągu dwóch dni, w dwóch turach: przedpołudniowej i popołudniowej. Wszyscy zdający w mojej turze zebrani byli w jednej sali. Co jakiś czas zapraszano na rozmowę kolejną osobę. Jeśli poproszono kogoś na jedną z części, to reszta następowała od razu po sobie. Ja czekałem na moją kolej tylko godzinę.

     Na pierwszy ogień poszedł język angielski. Do tej części podchodziłem raczej na luzie, ponieważ jestem absolwentem kolegium językowego, więc czułem się raczej pewnie. Egzaminowały mnie dwie miłe panie, które dosyć sprawnie udowodniły mi, że moja pewność jest co najmniej niepewna. Przedstawiły mi listę zdań, które należało przekształcić na odpowiednie struktury gramatyczne. I muszę przyznać, że nie znałem paru odpowiedzi, do czego od razu się przyznałem. Następne zadania były już na szczęście łatwiejsze i jakoś dotrwałem do końca. W teście znalazło się jeszcze parę zagadnień słowotwórczych, było klasyczne omawianie fotografii, parę słów o sobie, pytanie o motywację wyboru właśnie tego kierunku studiów itp. Wyszedłem z sali z bardzo mieszanymi uczuciami.

     Zaraz potem miałem rozmowę z języka polskiego. Tym razem przepytywało mnie dwóch panów. Również poproszono mnie o powiedzenie paru słów o sobie. Kiedy powiedziałem że zajmuję się tłumaczeniami, panowie zaczęli drążyć temat i pytać mnie o znaczenie języka ojczystego w procesie tłumaczenia itp. Mnie ta tematyka z powodu zainteresowań bardzo odpowiadała, więc rozwinęła się ciekawa dyskusja. Generalnie wydaje mi się, że egzaminatorzy nie wymyślają wcześniej listy zagadnień, o które będą pytać kandydatów (ale może się mylę), raczej obserwują jak rozwija się sytuacja i zadają pytania w związku z tym co mówi rozmówca. W ten sposób można skierować swoją rozmowę na temat, na który mamy coś do powiedzenia, co zawsze się opłaca. Rozmowa poszła całkiem dobrze, choć nie obyło się bez usterek. Na przykład nie potrafiłem wymienić autorów słowników języka polskiego, których używałem.

     Jako trzecia odbyła się rozmowa z przedstawicielami japonistyki. Kiedy zobaczyłem znajomą twarz doktora Jabłońskiego, którego znałem ze spotkań Creativy, mój poziom stresu znacznie się zmniejszył. Dwójka pozostałych egzaminatorów również sprawiała bardzo przyjazne wrażenie. Zaczęło się od standardowego pytania: „dlaczego japonistyka” i opowiedzenia paru słów o sobie. Po przedstawieniu zainteresowań przyszła pora na bardziej konkretne pytania. I tak na przykład:
- Był pan w Krakowie?
- Byłem.
- A jest tam coś związanego z Japonią?
- Jest.
- A co takiego?
- Centrum sztuki i techniki japońskiej Manggha.
- Odwiedził pan?
- Odwiedziłem.
- Podobało się?
- Średnio.
- Czemu średnio?
- Bo to jest trochę takie mauzoleum Wajdy.

     Chyba taka odpowiedź była satysfakcjonująca. Zapytano mnie również o religie występujące w Japonii, o sytuację Buddyzmu w Chinach i o aktualne miejsce przebywania Dalajlamy. Jeden z egzaminatorów chciał również wiedzieć, jakie książki przeczytałem, zarówno te na temat Japonii, jak i te napisane przez japońskich autorów. Na szczęście odpowiednio wcześniej rozpocząłem przygotowania do tej rozmowy, więc mogłem zaprezentować parę tytułów. Pojawiło się też zadanie z mapą, ale pani egzaminatorka wykazała się wyrozumiałością i pytała o bardzo podstawowe rzeczy. W tej części też znalazło się parę zagadnień, których nie znałem. Ale wydaje mi się, że celem rozmowy jest również sprawdzenie jak kandydat poradzi sobie w takiej sytuacji. Moim zdaniem lepiej przyznać się, że czegoś się po prostu nie wie, niż przysłowiowo owijać w bawełnę.

     Po zakończeniu całości naprawdę nie wiedziałem czy poszło mi dobrze czy źle. Ale jak się później okazało - to było to!

     Zdającym mogę doradzić dwie rzeczy: po pierwsze przeczytać parę książek o Japonii i tych japońskich autorów, oraz pozbyć się stresu przed egzaminem, bo w takiej sytuacji tylko spokój może nas uratować... ;)

Justyna
2003

"Pytano mnie o książki o Japonii, jakie przeczytałam. Wyszło na to, że w końcu mówiłam o tych, których nie czytałam, ale bardzo bym chciała."

Dzień egzaminów wstępnych, godziny poranne.
     
Ubrałam się i wyszłam z domu pod pretekstem spotkania w sprawie praktyk na socjologii. Byłam być może jedyną osobą, której rodzice nie zdawali sobie sprawy z faktu, że ich latorośl zdaje na japonistykę, ale to zupełnie inna historia. Po przybyciu na ulicę Międzychodzką wymieniłam parę uwag na temat architektury budynku z moim narzeczonym i podporą w tych krytycznych momentach swojego życia, a następnie udałam się na trzecie piętro.

Międzychodzka, trzecie piętro, 30 min do godziny X.
     Zjawiłam się dość wcześnie, ale zauważam jakąś dziewczynę siedzącą przed windą z plikiem kartek z bardzo starannymi notatkami z... gramatyki. Tknięta jakimś złym przeczuciem zapytałam kandydatkę czy gramatyka wchodzi w skład zagadnień poruszanych na egzaminach. Okazało się, że tak. Tu nastąpił moment małej paniki, gdyż, nie wiedzieć czemu, ubzdurałam sobie, że polski wchodzi w skład rozmowy ogólnej i to bynajmniej nie pod taką postacią. Korzystając z uprzejmości osoby bardziej niż ja zorientowanej przeglądnęłam notatki, ale dość szybko się zniechęciłam. Mój towarzysz patrzył na mnie z politowaniem.

Sala Spędu, godzina X.
     Zostałam sama w tłumie obcych ludzi, z którymi miałam stoczyć zaraz walkę o miejsce na japonistyce. Wysłuchaliśmy krótkiego przemówienia, które miało nam dodać otuchy i zostaliśmy poinformowani, że „Z powodu dużego zainteresowania i liczby chętnych w tym roku można zdawać maksimum dwa języki obce”. No tak, cena bycia przepytywanym w pierwszym dniu egzaminów – o wszystkim dowiadujesz się na miejscu. Moje trwające długie tygodnie czy nawet miesiące przygotowania wydawały się coraz bardziej... nieadekwatne.
- Więc jakie języki panie wybiera?
- Ja? Angielski, tak... No i uczyłam się jeszcze hiszpańskiego i niemieckiego, ale...
- To niemiecki?
- To może niech będzie hiszpański.
     Mój i tak marny stan ducha pogorszył się jeszcze kiedy usłyszałam, że niektórzy wybierają... japoński. Opuściłam więc czym prędzej „salę spędu” i poszłam poskarżyć się mojemu towarzyszowi, który okupował ławeczkę przed windą. Przekonał mnie, że ucieczka do domu nie jest jednak najlepszym wyjściem z tej sytuacji.

Z powrotem w Sali Spędu.
- Pani Justyna Brózda?
- Taaak.
- Już panią wzywaliśmy na rozmowę. Proszę trochę poczekać, teraz poszedł ktoś inny, ale pani będzie następna.

Egzamin z angielskiego czyli „słoń a sprawa japońska”.
     Byłam wtedy akurat jakiś czas po egzaminach CPE, więc czułam się całkiem swobodnie. O ile pamiętam, losowałam jakieś tematy na małych skrawkach papieru. Jako że byłam doskonale przygotowana z tak zwanej ogólnej wiedzy o Japonii (to znaczy tak mi się wtedy wydawało) i głowę miałam napakowaną różnymi ciekawostkami, co chwilę nawiązywałam do Kraju Kwitnącej Wiśni. Pamiętałam też, że trzeba patrzeć na egzaminatorów i często się uśmiechać, więc sprawiłam chyba całkiem pozytywne wrażenie.
- A skąd pani wie tyle o Japonii? – pyta egzaminatorka
- Bo ja... zdaję na japonistykę. – odpowiadam rumieniąc się.
     Obok pani egzaminatorki siedział pewien sympatycznie wyglądający człowiek w okularach. Nie zadał mi ani jednego pytania podczas egzaminu, ale okazało się, że nie jest to ostatni raz, kiedy go widzę.

Egzamin z hiszpańskiego czyli „to kompletnie nie moja działka” lub „nagłe błogosławieństwo Ateny”.
     O ile w sali, gdzie zdawałam angielski było, jak to się po poznańsku mówi, pełno wiary, tutaj panowała atmosfera wręcz intymna. Przy drugim stole jakiś chłopak zdawał francuski.
- Który zestaw pani wybiera? – pada pytanie ze strony pana egzaminatora
- Cinco – odparłam (chcąc chyba udowodnić, że umiem przynajmniej liczyć do dziesięciu w tym języku)
- Który?
- Piąty
     Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, że moja wymowa była AŻ TAK zła.
Dostałam jakiś krótki tekst do przeczytania i tłumaczenia, co poszło mi nawet nie tak źle. Za to pytanie o piłkę nożną...
- Ja, ja się za bardzo nie znam na tym.
- No tak, jest pani w końcu dziewczyną.
Skończyło się chyba na rozmowie o flamenco.
     Potem dostałam zdanie do przetłumaczenia na hiszpański. W trybie warunkowym i do tego przeszłym. Co prawda powtarzałam gramatykę przed egzaminem, ale do tego jakoś nie doszłam. Wpatruję się w karteczkę z polska wersją zdania, marszczę brwi, mózg mi się zaczyna gotować, para bucha uszami.
Pan egzaminator: To zdanie w trybie warunkowym.
Ja: Tak, wiem. (i tu padło to zdanie po hiszpańsku)
Pan egzaminator zachwycony powtarza tą konstrukcje i mówi: Bardzo dobrze.
Co prawda jakieś trzy lata przed tą rozmową zetknęłam się ze zdaniami warunkowymi w liceum, ale nie zdawałam sobie sprawy, że mogę coś z tego pamiętać. Na szczęście zdarzają się takie egzaminacyjne olśnienia.

Egzamin z języka polskiego czyli „Dwuosobowa Loża Szyderców”.
     Przed egzaminem z polskiego dowiedziałam się, że komisja złożona z dwóch pań pyta o rzeczy w stylu „ulubiony wiersz”, a ta złożona z dwóch panów o jakieś kosmiczne rzeczy z gramatyki, a do tego jest złośliwa. Hmmm... Poczułam, że nadeszła pora, aby skorzystać z porady, której udzieliła mi kiedyś koleżanka z judo (pozdrawiam Marysię!) na temat egzaminów wstępnych: „Oni tam szukają ludzi odpornych psychicznie, którzy są w stanie wytrzymać 5 lat ciężkich studiów. Mogą spytać o wszystko. Trzeba się wykazać pewnością siebie, a nawet bezczelnością”. To była moja tajna broń, po którą miałam zamiar sięgnąć, gdyby zły los sprawił, że trafiłabym na ta druga komisję... na którą oczywiście trafiłam. No to nici z recytacji „Incitatusa”.
- Ooo! Szóstka z matury. – stwierdził na wstępie, przeglądający moje papiery, egzaminator (oczywiście ironicznie)
- ...
- Siedem największych dzieł literatury światowej.
- Biblia. Iliada i Odyseja Homera. To weźmy może razem. Umm... Makbet Szekspira. Sonety do Laury Petrarki. Koniecznie Ulisses Joyce`a. Może tak patriotycznie coś polskiego, na przykład Chłopi Reymonta.
Wymieniając powyższe tytuły próbowałam powiedzieć o każdym z dwa zdania, jednak natychmiast brutalnie mi przerywano. Zrozumiałam, że nie będzie jak podczas egzaminu na kulturoznawstwo, gdzie egzaminator wydawał się na serio zainteresowany tym, co myślę o prawdziwej wymowie Doriana Graya.
- Proszę nie opowiadać tylko wymieniać.
- Więc nie są panowie zainteresowani. No dobrze, będę tylko wymieniać. – odpowiedziałam starając się brzmieć złośliwie:
[Co było siódmą pozycją? Po prostu nie pamiętam. Może Wilde lub Herbert.]
- To nich pani coś powie o Sonetach do Laury.
     Właściwie trudno mówi się o czymś, czego się nie czytało. Liczyłam na przedmowę i te parę fragmentów, które kiedyś widziałam. Skupiłam się głównie na udowodnieniu, że Laura jako taka nigdy nie istniała, bo Petrarka mylił okoliczności ich pierwszego spotkania, lecz zostawałam to, szybko przywołana do porządku przez komisję. Rzuciłam znów jakiś komentarz, który miał pokazać jaka jestem twarda i powiedziałam coś o językach narodowych, renesansie w ogóle i kontraście stylu i tematu utworu w porównaniu do średniowiecznych egzegez.
     Egzaminator nie omieszkał oczywiście zapytać o znaczenie słowa „egzegeza”. Egzaminowana, która trafiła kiedyś na to określenie przy okazji lektury Philipa K. Dicka odpowiada. Następne pytanie dotyczy znaczenia słowa „komercja”. Odpowiedź zostaje zegzemplifikowana fragmentem pewnego pisma traktującego o filmie, o którym swego czasu było głośno. Zrozumiawszy, że prawdopodobnie znam znaczenia wyrazów, którymi się posługuję, egzaminator próbuje podjeść mnie z innej strony:
- Proszę wymienić części zdania.
- Podmiot, orzeczenieee...
- Czy to już wszystko?
- Nie. Jeszcze ehm... przydawka?
- Wystarczy.
Ostatnie pytanie dotyczyło „elekta” i „elektoratu”. Próbowałam zrobić to na przykładzie prezydenta elekta, ale znów zostałam przywołana do porządku. Mówiłam więc o „po prostu elekcie” i „elektoracie”.
     Jednemu z egzaminatorów przypomniało się chyba jakieś „strasznie skomplikowane słowo”, gdyż chciał mnie przepytywać dalej, drugi zasugerował jednak, że „to już dosyć”.

Rozmowa z wiedzy ogólnej czyli „jestem pełna dobrych chęci”.
     Przed tym etapem doszły mnie słuchy, że na ścianie wisi wielka mapa z napisami po japońsku. Nie mam nic przeciwko mapom, ale na tych szkolnych nigdy nie potrafiłam się odnaleźć – były za duże. A w dodatku te krzaczory zamiast nazw literami łacińskiego alfabetu. Brrr...
     Po wejściu do sali - niespodzianka. Nikt inny, tylko pan w okularach z egzaminu z angielskiego siedzi za długim stołem.
Pytano mnie o książki o Japonii, jakie przeczytałam. Wyszło na to, że w końcu mówiłam o tych, których nie czytałam, ale bardzo bym chciała. Na przykład o „Chryzantemie i mieczu” (mały młynek rękami w wykonaniu jednego z członków komisji) „Mieczu i chryzantemie”.
- Autor?
- Ruth Benedict.
- Dlaczego pani nie czytała?
- Trudno to dostać w uniwersyteckiej. Czytałam za to „Wzory kultury”.
Potem mówiłam coś o pamiętnikach Izumi Shikibu, Mishimie Yukio, „Makura no soshi” Sei Shonagon, Tubielewicz.
     Po raczej przyjemnej rozmowie przyszła pora na moją piętę Achillesową.
- Proszę wskazać na mapie miejsca w Japonii, które chciałaby pani odwiedzić.
Każdy, kto w tej chwili spojrzałby na mój promieniejący uśmiech pomyślałby, że o niczym bardziej nie marzę jak o odpowiadaniu z mapy. Miało to przekonać komisję, że się na mapie nam i nie warto nie z niej za bardzo odpytywać.
- Hokkaido – w tym momencie zakreśliłam wielkie koło w powietrzu wskazując po prostu Hokkaido
- Dlaczego?
Wiadomo. Ludność autochtoniczna, wymierające kultury. Po prostu chciałam spotkać Ainów.
- He he. Już ich pani tam nie znajdzie. - śmieje się pan w okularach
- Jednak spróbuję – zdecydowałam, że trochę determinacji w głosie zabrzmi dobrze.
- A jakie miejsca jeszcze?
- Tokio (trafiłam), Kioto (nie byłam taka pewna, więc zakreśliłam większy zygzak)
- A dokładniej?
- Tu. (znalazłam, znalazłam)
Na koniec wymieniłam i wskazałam jakieś miasto przemysłowe, o którym już nic dziś nie pamiętam, a z którego pochodziła moja tzw. pen-friend.
- A dlaczego tam?
- Bo tam mieszkają moi przyjaciele. – powiedziałam trochę na wyrost.
     Potem było pytanie o ustrój Japonii, o to, gdzie można zobaczyć różne japońskie rzeczy, o ceramikę, o cechy charakterystyczne japońskiego... Nie wiedziałam wszystkiego oczywiście, starałam się jednak wykazywać duży entuzjazm i chęć przeczytania czy zobaczenia tego czy owego. Jako swój cel wyznaczyłam przeczytanie w oryginale „Genji monogatari” czy też „Makura no soshi”. Stwierdziłam, że angielskie tłumaczenia to nie to.
- A ten drugi kierunek? Jak to pani pogodzi? Nie będzie pani opuszczała zajęć?
- Na trzecim roku socjologii jest bardzo mało zajęć, a na wykłady tam nie muszę chodzić.
- Ale warto chodzić na wykłady, prawda?
- Oczywiście. Ja zawsze chodzę.

Po egzaminie, przystanek autobusowy.
- Na pewno tego nie zdałam. Ale na pewno będę próbowała w przyszłym roku. Wtedy na pewno nauczę się gramatyki. – mówię do mojego towarzysza
- No, nie przejmuj się. Wezmę cię na obiadek...

Wskazówki dla przygotowujących się:
- puścić wici wśród znajomych. Wielu ludzi interesuje się teraz Japonią, niektórzy mają bardzo ciekawe materiały (mi do dziś przynoszą japońskie kalendarze)
- czytać też o wydarzeniach bieżących – moją codzienną lekturą był azjatycki dział wiadomości BBC;

Powodzenia.

do góry

 

Karolina
2003

"Kandydacie, nie poddawaj się po pierwszej porażce! No i nastaw się na to,  że egzaminy wstępne to nic w porównaniu z tym co będzie potem... ;)"

     Na egzaminach było nawet przyjemnie. Na powitanie dowiedziałam się, że cały poprzedni dzień zmarnowałam, przygotowując się do trzeciego języka, ponieważ w moim roku ograniczono liczbę zdawanych języków do dwóch (rok wcześniej można było zdawać dowolną liczbę języków, przy czym większość zdawała minimum dwa, więc, by mieć jakieś szanse na dostanie się, trzeba było zdawać więcej...), ale za to można było wybierać spośród wszystkich języków. Tak przynajmniej poinformowano nas na wstępie. Osobiście widziałam, jak kogoś wołali na egzamin z hebrajskiego (tylko musiał poczekać, aż obudzą egzaminatora :P).

     Później, na języku polskim, jakaś miła pani, po serii niezbyt łatwych pytań o "Bożą podszewkę" i przekrój wiedzy z teorii literatury, powiedziała mi, że tu jest taka konkurencja, że powinnam się była raczej przygotowywać z polskiego, a nie z japońskiego... :) Bez komentarza...

     Ale naprawdę nie ma co narzekać. Tylko w Poznaniu traktuje się kandydatów na studia jak ludzi. A wiem co mówię, bo zdawałam i do Krakowa (dwa razy- tam to w ogóle jest lekkie przegięcie, nie polecam) i do Warszawy. Tak więc, zapraszamy! :)

     Rozmowa w języku obcym była raczej luźna. O zainteresowaniach, kinie, telewizji, polityce itp. A na koniec dostałam test gramatyczny z własnych błędów. Szansa, żeby się poprawić...

     Natomiast rozmowa kierunkowa zależy w dużej mierze od tego, czy w komisji będzie ktoś straszny, czy nie. ;) Ja za drugim razem trafiłam lepiej i miałam bardzo miłą rozmowę. Najpierw trochę o Japonii. Akurat dwa razy trafiłam na mapę - "Ma pani taki kolorowy obrazek za sobą, co pani na nim widzi ciekawego?" I tu wszystko zależy od inwencji i opanowania mapy. Ostrzegam - ta na egzaminie nie widziała nigdy czcionki europejskiej, a same japońskie ideogramy, więc nic nam nie podpowie. :) Potem pytania ogólne o życiu, np. "Czy czyta pani Wysokie obcasy?" Co nieco o świecie (np. państwo islamskie w Europie, znane konflikty zbrojne na świecie, itp.). Tylko trzeba uważać co się mówi, ponieważ ciąganą za język. Jeśli kandydat wspomni o Wietnamie, ani chybi zostanie zapytany o datę. Ale wszyscy byli mili, uczynni i pomocni, a ja naprawdę nic nie mam z tego, że tak chwalę swoją komisję. :)

     Po własnych doświadczeniach mogę poradzić kandydatom tylko tyle: Grunt, to się nie przejmować i nie pokazywać jakie to z nas biedne stworzonka. Komisja i tak to wie. ;) Jeśli jest taka konieczność, trzeba się postawić i bronić własnych poglądów, nawet zahaczając o cienką granicę bezczelności, byle jej nie przekroczyć. Bo można wiedzieć dużo, a i tak nie zdać ze względu na charakterologiczną niedojrzałość. :)

     I na koniec złota myśl: Kandydacie, nie poddawaj się po pierwszej porażce! No i nastaw się na to,  że egzaminy wstępne to nic w porównaniu z tym co będzie potem... ;)

do góry

 

Michał
2001

"O ile wiedza jest tym, co daje nam podstawę do przejścia pomyślnie przez rozmowę, to tak naprawdę nasze nastawienie i elastyczność jest tu najważniejsza."

    Można powiedzieć, że rozmowa kwalifikacyjna jest tym, czym na egzaminie o pracę konfrontacja z pracodawcą twarzą w twarz. Co prawda wszystkie "egzaminy" (język polski, języki obce) są w formie ustnej, ale dopiero tu egzaminatorzy mają pełną swobodę ruchów i mogą nas zapytać o to, co tylko ich nieprzeniknione umysły egzaminatorskie są w stanie wymyślić. Obowiązuje wiedza ogólna o świecie, niekoniecznie wiedza japonistyczna. Często padają pytania podchwytliwe i tzw. „zbijacze z tropu”. Ja, po kilku pytankach „na rozgrzewkę” dostałem cios wymierzony miedzy oczy pytaniem brzmiącym: „Jaką ma pan wadę wzroku?”. Po udzieleniu odpowiedzi zgodnej z prawdą (i to grubo poniżej zera), nastąpiła chwila drażniącej ciszy, po czym następne pytanie: „Z taką wadą po pięciu latach studiów zupełnie straci pan wzrok przy dłubaniu tych wszystkich znaczków! Czy nie lepiej zachować zdrowie i dać sobie spokój z takimi japońskimi głupotami?” – na takie pytania nie da się udzielić odpowiedzi „właściwej”, lub „niewłaściwej”. Nie mają one też na celu sprawdzenia jakiejkolwiek wiedzy. Chodzi tylko o sprawdzenie, czy delikwent jest w stanie znaleźć się w sytuacji i odpowiedzieć rozsądnie. Jeśli chodzi o moją odpowiedz, to miałem szczęście – akurat wszyscy egzaminatorzy obecni w sali nosili okulary, wiec zagrałem trochę na ślepo, mówiąc: „jak widzę po państwa nosach, wszyscy państwo tu obecni doskonale wiedzą, że poświęcenie tych marnych kilku dioptrii żeby wydłubać te wszystkie znaczki jest jednak opłacalne”, czym podobno zamknąłem usta wszystkim.

     Innym pytaniem-niespodzianką, było: „na japonistykę zdaje 10 osoba na miejsce. Co pan powie na to, ze jeśli pan zda, pozbawi pan miejsca na studiach 9 osób?”. Jedyne, czego nie wolno robić, przy takich pytaniach, to dać po sobie poznać, że jest się speszonym i że się nie wie jak odpowiedzieć. Musimy dać do zrozumienia pytającym, ze byliśmy przygotowani również na takie pytanie. Ba! Mało tego – że wręcz na takie pytanie czekaliśmy! Szczery uśmiech, głębokie spojrzenie w oczy egzaminatora, dodanie z lekkim sapnięciem „paaanie profesooorze...” daje nam zawsze... kilka cennych sekund na opracowanie zgrabnej odpowiedzi. Jeśli chodzi o mnie, postawiłem sprawę jasno. Najpierw spojrzałem wszystkim głęboko w oczy, a potem odparłem: „rozumiem i wiem, ze jest to spory kredyt zaufania. Ale zaręczam państwu, ze zrobię wszystko, żeby ten wybór okazał się dla Uniwersytetu strzałem w dziesiątkę”. (Teraz mógłbym powiedzieć, „cóż, słowo się rzekło”, hehehe)

     Oczywiście na jednej zwinnej odpowiedzi egzamin się nie kończy, a noga może powinąć się zawsze. Kiedy czekałem na swoją kolej do egzekucji, chodziły słuchy, ze pytają o to, kim był Pol Pot. Zdarza się, ze nie wie się akurat takich rzeczy, a przed egzaminem trudno jest się dowiedzieć. Jednak wmawianie sobie, ze „skoro ich już o to zapytali, to mnie już pewnie nie”, może się okazać lenistwem, za które grubo zapłacimy. Zawsze warto śledzić „giełdę pytań” i w grupie, razem z innymi zdającymi spróbować znaleźć na nie odpowiedzi.

     Z pytań dziwnych i zaskakujących można było być poproszonym, między innymi, o narysowanie konia, zaśpiewanie „wlazł kotek”, czy zatańczenie oberka w sali. Wydaje się, ze takie dręczenie egzaminowanego może nie mieć sensu (ewentualnie sadystyczna satysfakcja „jury”), ale jednak! Pobieżne zbadanie sprawności motoryczno-słuchowej daje naszym przyszłym wykładowcom obraz (bardzo uproszczony oczywiście) tego, na ile jesteśmy w stanie uchwycić niuanse fonetyczne obcego języka (chiński i japoński słyną ze swoistych melodyjności), oraz jak sprawnie będziemy przyswajać sobie obce pismo ideograficzne.

     Naturalnie, wiedza japonistyczna nie jest zbędna! Pytania o zdobycze Japonii w czasie drugiej wojny światowej, o to, kto rządzi w Japonii oraz o japońskich noblistów, są tym, na co trzeba być przygotowanym. Dobrze jest zapoznać się mniej więcej z mapą Azji, aby wiedzieć, gdzie leży Wietnam, Tybet, czy Papua-Nowa Gwinea.

     O ile wiedza jest tym, co daje nam podstawę do przejścia pomyślnie przez rozmowę, to tak naprawdę nasze nastawienie i elastyczność jest tu najważniejsza. Egzaminatorzy to też ludzie, na dodatek ludzie, którzy dla nas siedzą przez cały tydzień w dusznych i ciasnych klitkach, i dbają, żebyśmy po ludzku przeszli przez wszystkie etapy. Ze strony pytających nie czeka nas nic złego. To tylko od nas zależy, czy z uśmiechem uda nam się wytrwać do końca. Nasza postawa (siedzisz prosto, czy zgarbiony?), nastawienie (patrzysz w podłogę, czy w oczy „jury”?), sposób mówienia (bełkoczesz coś pod nosem, czy mówisz wyraźnie z rozwagą dobierając słowa?), to wszystko mówi o nas samych więcej, niż byśmy czasem chcieli, więc warto zwrócić na takie sprawy uwagę.

     Miłym zaskoczeniem podczas rekrutacji było to, że poszło szybciej, niż się spodziewałem. W zasadzie cale postępowanie nie trwało u mnie dłużej niż 2 godziny (włącznie z czekaniem), wiec chyba można powiedzieć, ze już matura ustna była trudniejsza. Ale ja miałem to szczęście, ze zdawałem w pierwszy dzień z sześciu, wiec w kilku przypadkach poziom moich odpowiedzi okazał się skala, do której przyrównywano następne osoby (dlatego wszyscy tak dobrze wypadli, hyhyy). Natomiast najmniej przyjemne w trakcie egzaminu było to, że... nie wiedziałem, kim był Pol Pot. :)

     Myślę, że do mojego sukcesu na egzaminie przyczynił się fakt, że przychodząc na rozmowę byłem już tak na prawdę po ponad 5 letnich przemyśleniach, pt.: „czy i po co japonistyka”, więc miałem już mniej więcej obraz tego, po co i dlaczego powinienem się dostać. Można powiedzieć, ze byłem bardziej zdecydowany na to żeby zdać, niż przygotowany pod względem merytorycznym.

     W ramach przygotowań do egzaminu przede wszystkim czytałem, jak to się mówi, „wszystko, co podleci o Japonii”. Właściwie przez liceum przeczytałem więcej książek dotyczących Japonii (głównie literatura, ale tez socjologia, język), niż lektur obowiązujących w szkole. Śledziłem tez (i śledzę dalej) wszystko, co się o Japonii mówi w gazetach i czasopismach. Oczywiście samemu byłoby trudno, wiec polecam spróbować zarazić tematem rodziców – wystarczy poprosić o wycięcie z gazety artykułu, choćby i krótkiego o czymś związanym z Japonią, jeśli wpadnie w oko. Moja mama jest do dziś nieocenionym źródłem informacji prasowych dotyczących Japonii.

do góry


Weronika
2003

"Dr Jabłoński uśmiechnięty od ucha do ucha zapewnia zestresowaną młodzież, że "tu nikt nie gryzie i absolutnie proszę się nie bać"..."

     Do egzaminów na japonistykę przystąpiłam w 2003 roku. Wówczas zasady rekrutacji były nieco inne (głównie za sprawą starej matury). Nie oznacza to jednak, że było mniej ciekawie. :-) Gdy przyjechałam do Poznania (po raz pierwszy w życiu, notabene), miałam już za sobą egzamin w Krakowie, dlatego spodziewałam się nadętej komisji, co to koniecznie musi pokazać KANDYDATOWI na studia, że my wiemy, a on nie. A tu taka niespodzianka... Dr Jabłoński uśmiechnięty od ucha do ucha zapewnia zestresowaną młodzież, że "tu nikt nie gryzie i absolutnie proszę się nie bać", czym rozluźnia atmosferę i sprawia, że już go kochamy :-) Tak, egzaminy w Poznaniu to sama przyjemność. Może to dlatego, że wszyscy egzaminatorzy byli zaskakująco mili i sympatyczni, a może dlatego, że po 2-tygodniowym rajdzie po Polsce i krążeniu między uczelniami, człowiek ma już wszystkiego dość i wcale nie przejmuje się tym, że nie zna dat panowania dynastii chińskich ( to było jedno z pytań, jakie zadano mi na egzaminie w Krakowie...). No, ale do rzeczy. Jest wtorek, godzina 14, a ja właśnie rozpoczynam pierwszą część egzaminu...

Język niemiecki.
     Za moich czasów (brzmi to trochę jak opowiastka staruszki… ) dwa języki obce wybierało się według własnego uznania. W moim przypadku były to niemiecki i angielski. Egzamin z tego pierwszego wyglądał tak... Na wstępie otrzymałam artykuł z gazety, który musiałam głośno odczytać. Potem przesympatyczna pani zadawała mi do niego pytania. Ponieważ artykuł poruszał problemy mniejszości narodowych w Niemczech, zapytano mnie również o własne poglądy na ten temat, o podobne zjawiska w Polsce etc. Na koniec rozwikłałam kilka problemów gramatycznych (budowanie zdań, uzupełnianie luk w tekstach itp.) i to było wszystko. Wesoło i bezboleśnie.

Język angielski.
     Tym razem losowałam temat do konwersacji. No i padło na temat o przywódcach różnych narodów w dziejach ludzkości. Takie tam pogaduchy o tym i tamtym. Nic złego, nic takiego, nic wielkiego...

Język polski.
     To było prawdziwe zaskoczenie. Nie wiem, jak to się stało, ale nie miałam pojęcia, iż język polski wchodzi w zakres egzaminów na japonistykę w Poznaniu. Czy to przez nieuwagę, czy z innych nieznanych powodów, przegapiłam tę jakże ważną informację. Czułam się zaskoczona, przyznaję, ale nie wywołało to we mnie jakichś panicznych reakcji. W końcu język polski był jednym z moich ulubionych przedmiotów od szkoły podstawowej.
     Rozmowę przeprowadzało ze mną dwóch panów. Na samym początku zapytano mnie, dlaczego wybrałam ten kierunek, co interesuje mnie w kulturze japońskiej itd. Gdy moja wypowiedź dobrnęła do hasła: "kino japońskie", jeden z panów wtrącił: " Czy Akira Kurosawa nakręcił jakieś filmy w oparciu o dzieła europejskie?". Pada odpowiedź. Pytanie: "A kiedy tworzył Szekspir? W jakiej epoce? Mogłaby pani podać daty? A ile dzieł Szekspir napisał? A co zna pani Gorkiego?". Tak właściwie, to każda odpowiedź prowokowała kolejne pytanie. 
     Następnie zapytano mnie o kilka spraw gramatycznych. Nie pamiętam, o co dokładnie, ale na pewno miałam podać, wyjaśnić i wskazać na przykładach w literaturze typy stylizacji literackich. Gdy ostatecznie doszłam do stylizacji gwarowej i "Chłopów" Reymonta, odpowiedziałam na kilka pytań z tej lektury. Musiałam także opowiedzieć trochę o polskich noblistach w dziedzinie literatury. Panowie dokładnie przeczytali również mój życiorys (bo ja musiałam coś takiego napisać) i zadawali pytania na temat różnych konkursów i olimpiad, w których brałam udział. Ponieważ pod koniec 4 klasy liceum uczestniczyłam w ogólnopolskim konkursie dotyczącym twórczości ks. Janusza Stanisława Pasierba, rozmowa potoczyła się trochę w tym kierunku.
"Jakich poetów-księży jeszcze pani zna? Za co ceni sobie pani twórczość ks. Twardowskiego? A co on takiego napisał? Jakie zna pani wiersze ks. Twardowskiego? Proszę wymienić kilka metafor, które pojawiają się w jego poezji."
     Z tego, co pamiętam, zapytano mnie jeszcze o nagrodę Nike, którą wówczas przyznano, o nominowanych i ich twórczość itd. Szczerze mówiąc, reszty nie pamiętam. Trochę czasu upłynęło i te wspomnienia stały się już nieco mgliste...

Rozmowa kierunkowa.
     Zasada nr 1: rozmową kierunkową możemy sami sterować i tak właściwie to my wybieramy tematy, o których chcemy rozmawiać, w których czujemy się mocni. Kandydat może być pewny, iż zostanie zapytany o swoje zainteresowania Japonią. Jeżeli kogoś interesuje teatr, to dostanie serię pytań z teatru. I to samo dotyczy każdej innej dziedziny.
     Oczywiście szanowna i – pozwolę sobie przypomnieć - sympatyczna komisja zada też kilka pytań spoza sfery zainteresowań kandydata. Nie może przecież być tak łatwo… :-)
     W moim przypadku wyglądało to mniej więcej tak: Na samym początku zostałam zapytana o pochodzenie języka japońskiego, klasyfikację (tu pojawiło się zadanie z mapką: proszę wskazać góry Ałtaj), o rodzaje pisma japońskiego, itd. Nie mogę sobie przypomnieć dokładnego przebiegu tej rozmowy, jednak na pewno pytano mnie o następujące rzeczy: ulubiony okres historyczny Japonii, mój stosunek do literatury japońskiej, ulubioną książkę i powody, dla których ją lubię, historię stosunków polsko-japońskich (to była dość obszerna wypowiedź), ustrój państwa japońskiego, parlament (podział, funkcje)… i więcej nie pamiętam :-) Mogę tylko dodać, że podczas rozmowy było sporo śmiechu (zarówno z mojej strony jak i egzaminatorów).

     Co mogę doradzić przyszłym kandydatom? Dużo czytajcie, rozwijajcie własne zainteresowania (bo lepiej być specjalistą od czegoś, niż wiedzieć po trochu ze wszystkiego), oglądajcie wiadomości (na wszelki wypadek, gdyby zapytali Was o szefa Rządu Narodowego we Francji ;-)), a gdy już przyjdzie czas egzaminu, to nawet jeśli czegoś nie wiecie, to i tak udawajcie, że wiecie :-)

do góry

 

Marta
2003

"A potem się pytają, czemu chcę to studiować, a ja im, że żeby mieć męża Chińczyka! Serio! Hihihi! Nie spotkałam jej, o dziwo, na korytarzach uczelni w październiku. Serio."

     Był środek lipca 2003 roku, ale o dziewiątej rano, kiedy weszłam do niewielkiej sali - poczekalni dla kandydatów na wszystkie cztery specjalności, było jeszcze na tyle chłodno, że  biała bluzka i długa granatowa spódnica (zestaw egzaminacyjny) wydawały mi się przewiewne. Usiadłam w ławce na środku sali, bo wszystkie najlepsze miejsca, przy ścianach i oknach, były już zajęte. Rozejrzałam się po przybyłych - ktoś bębnił ołówkiem o blat stolika, ktoś inny wpychał sobie krawędzie dowodu osobistego pod paznokcie, jakiś chłopak łapał się co chwilę nerwowo za krawat, jakby chciał go sobie poluzować, "Mamuś!? No, już jestem, jeszcze się nie zaczęło!" - spięta blondynka krzyczała do komórki. Oparłam się wygodniej na twardym krzesełku i uśmiechnęłam się do siebie. Skurcz w żołądku i spocone ręce były ostatnim, co mogłoby mnie wtedy dotknąć. Nie, żebym była tak wyjątkowo oświecona, że dostałabym się bez mrugnięcia okiem, albo żebym była wcieleniem buddyjskiego spokoju. Wręcz przeciwnie - po miażdżącej porażce w Krakowie, gdzie udowodniono mi, że nie wiem o Japonii zupełnie nic (choć, prawdę mówiąc, sama bym siebie na ich miejscu oblała po tym, jak powiedziałam im, że kraina wiecznego śniegu może się znajdować na Kyushu), doszłam do wniosku, że gorzej, to już na pewno nie będzie, więc... może być wyłącznie lepiej! 

     Zanim zaczęły się zawiązywać pierwsze tymczasowe znajomości, w sali pojawiło się dwóch panów odzianych tak, jakby pomylili arcyważny egzamin wstępny z wypadem na działkę. Ten z długimi włosami, przedstawiwszy się jako Arkadiusz Jabłoński, zdradził nam, że oto stoi przed nami część komisji egzaminacyjnej, której wszyscy członkowie zachowali podobny styl ubioru, by, po pierwsze nie stresować nas zbytnim formalizmem, a po drugie, żeby wytrzymać w pomieszczeniach, które około południa zamieniają się w szklarnie (nie była to przesada, jak przyszło się nam później przekonać). "... dlatego radzimy panom ściągnięcie marynarek już teraz..." Faktycznie, zdekompletowano większość garniturów i garsonek, co przyniosło wszystkim jakieś szczególne rozluźnienie i pozwoliło śmiać się swobodniej z każdego kolejnego zdania w przemówieniu dra Jabłońskiego. "Oczywiście, niektórzy z Państwa się nie dostaną... Hm... Właściwie, to większość z Państwa się nie dostanie, ale to nie znaczy, że nie nadają się państwo na studia..." - wśród ogólnego śmiechu spojrzałam na dwie dziewczyny, które powtarzały sobie wcześniej dialogi po japońsku - poważna konkurencja, bo ja potrafiłam powiedzieć najwyżej "gejsza" i "karaoke". Ale przecież może być tylko lepiej... (Teraz to moje koleżanki z roku.)

     Do chwili sprawdzania dowodów tożsamości większość pozbyła się już nerwowych odruchów i atmosfera zaczynała tracić na wadze. Moja kolej. Podałam panu Jabłońskiemu swój dowód. Spojrzał na niego, na mnie, zmrużył oko i powiedział: "No... nawet podobna, może być." Widać, dobrze się panowie egzaminatorzy bawili, i ja też zaczynałam podejrzewać, że gdzie, jak gdzie, ale tutaj, to się z ludźmi dogadam... W tym samym momencie pytano o wybrane języki obce. "Języki? Przecież w internecie wyczytałam, że to ma być jeden język, wpisałam w podaniu angielski..." "Taaak? A, to jakieś nieporozumienie. Na pewno jeszcze jakiś pani zna... A nie przyznajemy za to punktów ujemnych, więc nie ma pani nic do stracenia." "No dobra, proszę mnie jeszcze wpisać na francuski". W końcu zaledwie dwa miesiące minęły od mojej piątki z matury ustnej z tegoż języka. Po kwadransie, na swoim pierwszym z czterech egzaminów przekonałam się, że dwa miesiące to czasem strasznie długo.

     Przecisnęłam się na koniec salki-kiszki, gdzie pod oknem czekał na mnie szeroki uśmiech, a za nim pani od francuskiego. Zaczęłyśmy prawdopodobnie od "bonjour", bo do dziś mam wrażenie, że na początku było jeszcze całkiem dobrze. Krótki tekst o wojnie w Afganistanie przeczytałam raczej płynnie, ale po pierwszym pytaniu na jego temat doznałam takiego zaćmienia, że nie mogłam dojść dlaczego Bush zaatakował Talibów. Kiedy już mnie olśniło, uświadomiłam sobie, że nie mam zielonego pojęcia, jak jest po francusku "zburzyć WTC wleciawszy w niego samolotem pasażerskim". Nie, nie wiedziałam też jak się mówi "atak terrorystyczny". Pani dała sobie w końcu spokój i położyła przede mną pięć francuskich przysłów. Nie sprostałam zadaniu wytłumaczenia jej co one właściwie znaczą, co pewnie skłoniło panią do refleksji, że skoro i tak nic ze mnie nie wyciągnie, to może mnie chociaż czegoś nauczy. Stąd mój egzamin zakończył się mniej więcej takim dialogiem:
Ona: Takie dziwne pani to "e" wymawia... Bardziej tak: eeee.
Ja: eeeeee
Ona: Nie... bardziej płasko, yyeeee
Ja: yyeee?
Ona: yyeeeeeyy... 
Ja: yyyeeeyyy...
Ona: eeeh...
Ja: hmmmm...

     Wracając zastanawiałam się, że gdybym wiedziała, że będę zdawała francuski, to powtórzyłabym sobie chociaż podstawy tego języka. Spotkałam po drodze mamę, której, jak wszystkim osobom towarzyszącym, nie wolno było wchodzić do "poczekalni". Przyniosła mi bułkę i adres jakiejś podobno uroczej stancji w okolicy, którą już mi zarezerwowała na rok, bo najwyżej się zadzwoni i odwoła, ale przecież ja, jej córka, na pewno się dostanę. (Stancja już trzeci rok tak samo urocza - willa z drewnianą podłogą i ogrodem, dwa kroki od uczelni.)

     Po kwadransie szłam na angielski z pewnością, że tam podreperuję swoją nadwątloną miłość własną. Byłam kiedyś nieśmiałym dzieckiem i o niebo lepiej pisałam w językach obcych niż nimi mówiłam, ale gdzieś w połowie liceum doszłam do wniosku, że szkoda pieniędzy moich rodziców na kursy językowe, na których się tylko czaję i dostaję wylewu krwi do twarzy, kiedy zadaje mi się pytanie. Najważniejsze to gadać, pomyślałam sobie razu jednego, i nie zastanawiać się nad potencjalnymi błędami. Dopóki cię rozumieją - jest dobrze, zrobisz błąd, poprawią cię, bo za to im płacą. Poprawią cię ze trzy razy, przestaniesz robić ten błąd, a nauczysz się dwa razy więcej niż z samą książką. I tak zaczęłam gadać, co mi ślina na język przyniesie, czy to po francusku, czy po angielsku. A że mój angielski tym się różni od francuskiego, że umiem powiedzieć "to tear down the WTC by flying into it in a passenger airplane", panie egzaminatorki tylko rzucały tematy, a ja monologowałam: "W jakiej epoce chciałabym żyć... Och! W średniowiecznej Japonii! Samuraje, zen, pawilony herbaciane, co za życie, co za życie! Ach, tak... Fakt, gdybym była kobietą, miałabym gorzej niż niejeden parobek. A, to wolałabym w USA w latach sześćdziesiątych, hipisi i te rzeczy... Nie, nie, nie! Marihuana i wolna miłość mnie nie interesują, oni się po prostu tak fajnie ubierali... A owszem, napisałam w życiorysie, że moje hobby to hodowla szczurów. W tej chwili mam parkę, bo wszystkie małe sprzedałam, było ich DWANAŚCIE za jednym razem, tak, taaaak, to norma u szczurów domowych... a klatka taka mała... A tak, tak dogadują się, choć pani szczur ma doprawdy ciężkie życie, bo widzą panie, pan szczur ma tak ogromne jądra (testicles), że musi je za sobą ciągać, ale i tak nie spowalnia to jego pościgów za swoją wybranką, która jest właściwie w permanentnej ciąży. Właśnie! Chodzący testosteron! (a walking testosteron!) Szczurzy szowinista! (a rat chauvinist!) Sprzedam go, jak tylko wrócę do domu... Poznań? No nie powiem, żeby mi się szczególnie podobał - zauważyłam, że w tym mieście są beznadziejne eee... te... no... jak to było? no... chodniki! (pavement!) Strasznie dziurawe. Słucham? Tak? To znaczy, że jakie było pytanie...?" Kiedy panie ochłonęły po dziesięciu minutach ustawicznego śmiechu, podziękowały mi, na co odrzekłam lakonicznie: "Tahnk you too" i wyszłam. Zaraz za drzwiami doszło do mnie, że przecież się nie pożegnałam, więc włożyłam jeszcze głowę między drzwi a framugę ze słowami: "Oh! And by the way - goodbyeeee!" Kolejny spazm śmiechu i już wiedziałam - Gottcha girlz! UR mine!

     W następnej rozmowie znów poruszono wątki z mojego życiorysu. "Pisze pani w zainteresowaniach: kulinaria... Co to jest blanszowanie?" "Cóż... Wydaje mi się, że dotychczas nie blanszowałam, przynajmniej świadomie, ale mogę panu powiedzieć co to jest smażenie." "A nie, dziękuję, to właściwie poza konkursem..." - tym dialogiem zaczęła się trzecia część mojego egzaminu - z wiedzy o języku polskim. Szłam na nią z pewną dozą niepokoju po relacjach zapłakanych kandydatek, które nie potrafiły scharakteryzować epoki modernizmu w Polsce, czy podać ram czasowych polskiego pozytywizmu. Ja przez całe liceum uważałam takie informacje za cokolwiek zbędne i na polskim czytałam po ławką Murakamiego, zamiast robić skrupulatne notatki, na maturze wykpiłam się piątką z wypracowania i założyłam, że mogę sobie spokojnie pozostać ignorantką. Aż nagle poczułam, i mnie nie ominie sprawiedliwość. Ominęła...
     Usłyszałam kiedyś w radiu, że teraz wszyscy są tak wykształceni, że nawet najlepsze CV pokrywają się w większości punktów i pracodawcy zaczynają oceniać ludzi po rubryce "zainteresowania", dlatego nie należy lekceważyć tej części życiorysu wpisując tam "książki, filmy, sport, muzyka", bo to napisze każdy. Nie powiem, te standardy są mi najbliższe, ale dla swojej przyszłości głowiłam się nad czymś oryginalnym. Ponieważ "hodowla szczurów" nie jest jakoś sztywno zdefiniowana, dwa gryzonie w klatce już mogą się kwalifikować. A kurczak w sezamie na słodko to może jeszcze nie Makłowicz, ale już "kulinaria". Dziwactwa popłacają też dlatego, że na literaturze, to komisja zna się z pewnością, a tutaj można zaryzykować blef.
     "Proszę nam wyjaśnić różnice między pojęciami makaron, makaronizm i makaronik." Utknęłam na "makaroniku". Komisja starała się naprowadzić mnie na właściwy trop: "Kubuś Puchatek robił makaroniki..." "Ale to chyba nie w wersji disneyowskiej..." - pozwoliłam sobie na ignorancką ripostę, kiedy zauważyłam, że z tą trójką egzaminatorów raczej można sobie pozwolić. Udało się - śmiech. "A pani jest tutejsza?" "Nie, opolanka" "Aaa, to może pani nie wiedzieć... To takie tutejsze ciasteczka z maku. Proszę spróbować przy okazji." "Nie omieszkam."
     Sentencją: "Na koturnach trudniej zejść ze sceny", której znaczenie miałam wyjaśnić,  przeszliśmy do teatru antycznego. Doprawdy, nie mogłam trafić lepiej niż na temat z pierwszej klasy liceum, kiedy, jeszcze pełna zapału, pisałam wypracowania o tragedii greckiej i malowałam na brystolu schemat amfiteatru. Zabłysnęłam, by po chwili przygasnąć, kiedy pan w czarnej koszuli zapytał: "A jakiego zna pani polityka, który zszedł ze sceny?" Dzisiaj, gdy na mojej uroczej stancji prenumeruje się Gazetę Wyborczą, miałabym wiele do powiedzenia, ale wtedy zdobyłam się na "Wojciech Jaruzelski" powiedziane pewnym tonem studentki politologii. Źle trafiłam z taktyką blefu. "A kogoś z ostatniego roku?" - drążył pan, który będzie mi się zawsze kojarzył z czernią. W sukurs przyszła mi jedyna kobieta w komisji, mówiąc: "Ej, no daj jej spokój z tą swoją polityką..." "Tak, tak, to właściwie było już poza konkursem..."

     Do "poczekalni" wracałam z przeświadczeniem, że Opatrzność dobrze wiedziała co robi, kiedy oblała mnie na Krakowie, bo Poznań może i chodniki ma krzywe, ale ten uniwerek, to jest moje miejsce na Ziemi. Po prostu nie mogłam się nie dostać. Taki tam irracjonalny optymizm.
     Szukając mamy na korytarzu, zauważyłam taką oto scenę: na ławce siedzi zapłakana dziewczynka, ubrana w stylu, który przywodził mi na myśl japońskie "gothic lolitas" z ręką troskliwej mamusi na ramieniu i w szlochach powtarza: "Nie, nie, nie będę dalej zdawała! Oni zrobili ze mnie idiotkę! Wyszło, że ja nic nie umiem!" Co ciekawe, jej słuchaczem jest dr Jabłoński, przekonujący ją, że została jej tylko rozmowa kierunkowa, że z pewnością nie było tak źle, jak mówi, że tyle już dokonała, to głupio byłoby rezygnować. A ona dalej, że nie i koniec! Do domu wraca! Mama odciąga mnie za rękaw od tego widowiska i zdradza, że to trwa już dobrą chwilę, a "ten Jabłoński z taką cierpliwością mówi do niej i mówi, tłumaczy jej, no, dusza człowiek!" "Bez sensu! Gówniara rozpieszczona! Jak nie chce, to niech wraca do domu. Nikomu łaski nie robi, że się raczy na rozmowie pojawić." - przedstawiam stanowisko wyraźnie odmienne, za co dowiaduję się, że jestem bez serca, nie to, co ten dobry człowiek, dr Jabłoński.

     Przed ostatnią rozmową spędziłam w "poczekalni" najwięcej czasu. Sala zaczynała się wyludniać, bo kandydaci powoli zbierali się do domów. Jedni wychodzili bez słowa, inni zamienili uprzejmie dwa zdania z tymi, którzy jeszcze czekali, a niektórzy, otoczeni wianuszkiem ciekawskich, opowiadali swoje przeżycia z najmniejszym szczegółami. Na przykład taka charakterystyczna dziewczyna, krótko ostrzyżona brunetka w białym kostiumie, czerwonej bluzce ze złotymi akcentami i makijażem pod kolor. "No i pytają mnie, jak powinien wyglądać pokój młodej dziewczyny! Ja, że co?! Przecież to ma być rozmowa o Chinach! A oni mi, że no co powinno być w takim pokoju. Ja, że no wie wiem, no, wie wiem... łóżko? Hahaha! A potem się pytają, czemu chcę to studiować, a ja im, że żeby mieć męża Chińczyka! Serio! Hihihi!" Nie spotkałam jej, o dziwo, na korytarzach uczelni w październiku. Serio.

     Znów trafiłam do sali, w której można było się poruszać tylko w boki między tablicą a rzędem ławek. Usiadłam przed czterema osobami - jedną panią, trzema panami. Zaczęło się od mojego wyznania, że zostanę tłumaczem literatury japońskiej. Komisja podjęła więc temat. Okazało się, że jeden pan podziela moją miłość do Murakamiego Haruki, a że siedział najdalej ode mnie, prawie położyłam się na ławce, żeby osiągnąć bezpośredni, bliski kontakt wzrokowy i móc powiedzieć mu, że "główny bohater Końca świata... popełnił największy błąd swego życia nie wskakując do topieli, bo co to jest za egzystencja we własnym mózgu, wymyślanie sobie przyjaciół i oszukiwanie się, że to jest prawda, że ja nie mogłabym żyć ze świadomością, że człowiek, który mnie kocha, czuje tak tylko dlatego, że mu tak kazałam!" Wypowiedziałam to na jednym wydechu gestykulując rękami opartymi gdzieś w połowie stołu. Podniesiona brew... uśmiech... Tak! Spotkałam się ze zrozumieniem! Jest super! Jest super! Jak nie tu, to nigdzie indziej. Zostaję na tej uczelni, choćby nie wiem co! Zmieniliśmy temat na jakość polskiego tłumaczenia tej powieści, której nie mogłam ocenić z braku porównania z oryginałem, "ale skoro jest takie złe, to będę miała co robić po studiach." - pozwalałam sobie - a jakże! - na takie chojrackie odzywki, śmiechy, chichy, i coraz bardziej mi się tam podobało.
     Przeszliśmy do geografii Japonii, na której poległam w Krakowie i z którą zapoznałam się pobieżnie dopiero przed egzaminem w Poznaniu. Zrozumiałam bowiem, że mogę sobie przeczytać wszystkie powieści japońskie, ale bez podstaw geografii nie przyjmą mnie nigdzie. Podeszłam do mapy i ucieszyłam się niezmiernie, że jedyne dwa miasta, jakie byłam w stanie wskazać, leżały nad wodą, bo każde słowo napisane było japońskimi ideogramami, co czyniło z tej mapy tzw. konturówkę. Tokio, stolica Japonii - nad niebieskim półkolem - Zatoką Tokijską, Kioto, stara stolica - nad niebieskim kółkiem - Jeziorem Biwa. W potoku wyrzucanych  siebie słów utknęłam na wyrazie pochodzenia obcego: "Kioto jest w stosunku do Tokio znacznie mniej zins... zind... zinu... uprzemysłowione!" - uśmiechy komisji - wybrnęłam. "A tutaj mamy Japońskie Morze Wewnętrzne - Seto Naikai..." - uśmiech uznania - i'm good!
     Ponieważ i tak już stałam, zaproszono mnie do kolejnej mapy - po angielsku na szczęście, gdzie miałam wskazać kraje byłego ZSRR. Dwa mi umknęły, ale zatarłam złe wrażenie zaraz po powrocie na miejsce. Pan od Murakamiego zagaił: "Proszę nam powiedzieć co to jest ETA..." "Hiszpańska, czy japońska?" - zapytałam rzeczowo, bo byłam święcie przekonana, że tam jest haczyk, ale zdziwienie na twarzy mojego rozmówcy przekonało, mnie, że zdobyłam kolejny punkt. "A pani wie, co to jest eta w Japonii...? To poproszę o obydwu." Proszę bardzo. Ale żeby nie było zbyt pięknie, dostaję pytanie dodatkowe: "A może pani wie, jaka jest stolica Kraju Basków?" Z pewną miną rzucam pierwszą nazwę, jaka kojarzy mi się z Hiszpanią - Barcelona! Może trafię, co mi szkodzi spróbować. "No, to widać, że pani nie wie." "No fakt" Może i bym się przejęła swoją niewiedzą, gdyby nie te uśmiechy komisji. Może być tylko lepiej...
     Zakończyliśmy, podobnie jak poprzednio, polityką. Tym razem to pani zadała pytanie.
- Obecny premier Japonii?
- Koizumi Junichiro
- Polski?
- Miller... - nie ukrywałam, że mi z tego powodu przykro. A komisji zrobiło się wesoło, że mi było przykro.
- Chyba pani za nim nie przepada?
- A kto przepada?
- No fakt... A imię?
- Leszek
- Dobrze, dziękujemy.
     To ostatnie krótkie zdanie zasiało we mnie ziarno niepokoju, bo po historiach o półgodzinnym maglowaniu, jakie elektryzowały słuchaczy w "poczekalni", moja przygoda z komisją wydała mi się wyjątkowo krótka. Z rozpędu wyrzuciłam z siebie pytanie: "Już koniec?" Przypomniał mi się katastrofalny egzamin w Krakowie, gdzie po kwadransie zbyto mnie nieuprzejmym: "Dobrze, dobrze, już pani dziękujemy." "Czuje pani, że za krótko?" - egzaminator poświęca mi jeszcze chwilę uwagi. "Nooo... wszyscy mieli dłużej..." - zauważam wyjątkowo nieśmiało. "A może dłużej, to wcale nie lepiej, co?" - posyła do mnie uśmiech, który postanawiam wykorzystać, by przedłużyć moją rozmowę o kilka sekund potrzebnych mi na gwóźdź programu.
     Wyciągam trzymaną cały czas na kolanach niewielką tekturkę i stawiam ją przed komisją z miną desperatki. Rysunek na tekturce przedstawia ni mniej, nie więcej - sandał. Naszkicowany czarnym długopisem, wyraźnie wycieniowany sandał. Na podniesione brwi wszystkich czterech członków komisji mam przygotowaną mowę: "Ponieważ dowiedziałam się, że na tych studiach ważne są także umiejętności plastyczne, pragnę przedstawić ten oto rysunek, by udowodnić, że posiadam zdolności manualne." "Ha, ha, ha! Wierzymy pani na słowo!" - gdyby nie ten śmiech, pomyślałabym, że się nie udało.

     Odetchnęłam głęboko dopiero, kiedy zbierałam po południu swoje rzeczy z samotnej ławki na środku sali. "Powodzenia!" - rzuciłam dwóm ostatnim osobom na pożegnanie. Na korytarzu czekała mama z zaciśniętymi kciukami. "I co? I co? Jak poszło?" - dopadła mnie i ścisnęła moje ramię. "Spoko, pośmialiśmy się, pogadaliśmy. Tylko sandała nie chcieli oglądać." "Mówiłam ci, że to dziwny pomysł z tym sandałem..." Weszłyśmy do windy. Spojrzałam na sufit pełen regularnych okrągłych dziur, przez które płynęło światło lampy. Rano liczyłam te dziury, po tym, jak usłyszałam plotkę, że komisja sprawdza spostrzegawczość kandydatów i pyta o szczegóły wyglądu holu. Kiedy to było? Kilka godzin temu? Weszłyśmy do baru na parterze. "Tam w rogu siedzi ten Jabłoński!" - mama szepnęła mi do ucha. "Mówię ci, czuję, że cię przyjmą!" - mówiła wyraźnie zadowolona, choć przesiedziała pół dnia na korytarzu z kawą i gazetą. "Co jemy? Po takich stresach lepiej wziąć coś lekkiego." - powiedziała oparłszy dłonie o obłą krawędź lady. "Naleśniki z serem."

do góry

 

Adam
2005

"Lepiej dokładnie przeczytać dwie, trzy książki, niż pobieżnie przejrzeć dwadzieścia."

   Egzamin wstępny zaczął się dla mnie od sprawdzenia mojej znajomości języka niemieckiego. Nie można powiedzieć, żeby było specjalnie trudno – kazano mi opowiedzieć coś o sobie, podać powody mojego zainteresowania Japonią i opisać obrazek. Atmosfera była bardzo przyjemna, a egzaminatorzy sympatyczni. Tę część egzaminów wspominam najcieplej.

     Następny był język angielski. Tu również zadano mi standardowe pytania („Dlaczego chce się pan dostać na japonistykę?”, „Proszę opowiedzieć coś o sobie.”, „Proszę opisać obrazek.”). Pewną różnicą w stosunku do języka niemieckiego było to, że na angielskim kazano mi wykonać także krótkie ćwiczenie gramatyczne. Mimo to, choć nie poszło mi tak dobrze, jak na niemieckim, egzamin z angielskiego okazał się w miarę prosty. Prawdziwe kłopoty miały dopiero nadejść...

     Na egzaminie z języka polskiego uświadomiono mi, że cała moja dobrze zdana matura z języka ojczystego jest nic nie warta. Na dzień dobry egzaminator opowiedział mi dowcip, żądając, aby wytłumaczyć mu, dlaczego ten dowcip jest śmieszny. Zanim jeszcze zdążyłem otrząsnąć się z szoku, położono mi przed nosem zdjęcie jakiegoś nowoczesnego artysty i poproszono o jego analizę. Na sam koniec zapytano mnie o ostatnio przeczytaną przeze mnie książkę polskiego pisarza. Kiedy odrzekłem, że było to powieść J. Andrzejewskiego pt. „Ciemności kryją Ziemię”, nastąpiło skrupulatne przepytywanie mnie z treści oraz ukrytych znaczeń tego dzieła. Nie muszę dodawać, że pokój egzaminacyjny opuszczałem pełen złych przeczuć, i zaczynałem się zastanawiać, czy nie powinienem się już spakować i wracać do starego dobrego Wrocławia. Mimo to, zdecydowałem się zostać i zaledwie pół godziny później udałem się na najważniejszą część egzaminu – rozmowę sprawdzającą wiedzę o Japonii.

     Szczerze powiedziawszy, spodziewałem się pytań w stylu „Jak nazywało się dwudziestu pierwszych cesarzy Japonii?”, a tymczasem pytania okazały się dość ogólne i znacznie prostsze niż myślałem (co nie znaczy, że łatwe).
Pytano mnie o religie wyznawane we wschodniej i południowej Azji, ze szczególnym naciskiem na Buddyzm i Islam. Miałem wskazać m. in. największe państwo chrześcijańskie w tym regionie, największe państwo islamskie, kilka państw buddyjskich itp. Następnie zadano mi kilka pytań na temat języka japońskiego (pochodzenia itp.), a później jeszcze pytania z historii (Wyspy Kurylskie, ostatnie konflikty z Chinami itp.). Ogólnie rzecz biorąc, koncentrowano się raczej na historii najnowszej. Oczywiście zapytano mnie też o książki tematyczne, jakie przeczytałem przed rozmową kwalifikacyjną. Nie obyło się też bez standardowego pytania o moją motywację do studiowania japonistyki.

     Ogólnie rzecz biorąc, kandydatom na japonistykę radziłbym zbierać jak najwięcej ogólnej wiedzy o Japonii, zamiast wykuwać na pamięć imiona poszczególnych cesarzy i książąt. Warto też mieć zupełnie podstawowe informacje o państwach wschodniej Azji, oraz o najnowszych wydarzeniach na tamtych terenach. Przyda się też jakiś rozsądny powód, dla którego chcecie studiować właśnie na tym kierunku. No i oczywiście – trzeba czytać książki. Ale nie dajcie się zastraszyć imponującą listą lektur zalecanych na stronie internetowej Instytutu Orientalistycznego. Lepiej dokładnie przeczytać dwie, trzy książki, niż pobieżnie przejrzeć dwadzieścia.

do góry

 

Sławek
2005

"Jeśli ktoś liczy na gotowy przepis na sukces, to niech wie, że coś takiego nie istnieje."

     Na samym początku chciałbym potwierdzić to, co zostało już pewnie nie raz powiedziane, a mianowicie, że dostanie się na japonistykę jest naprawdę możliwe! Fakt, jest to trudne, ale nie niemożliwe, więc już teraz lepiej powiedzieć sobie, że się uda, a będzie zdecydowanie łatwiej. A nawet, jeśli jednak się nie powiedzie, to będzie o wiele mniej stresu na egzaminach. ;) Wyluzowanie, w pewnych granicach, jest jak najbardziej na miejscu.

     Jeśli ktoś liczy na gotowy przepis na sukces, to niech wie, że coś takiego nie istnieje. Każda rozmowa kwalifikacyjna jest inna, inne są pytania i tak naprawdę liczy się nie tylko to, co się mówi, ale też jak się odpowiada, jakim językiem się posługuje (nie polecam języka potocznego, raczej coś bardziej wyszukanego, choć też bez przesady), oraz jak się reaguje na stres. Jeśli kandydat dostanie pytanie o coś, czego nie wie, to absolutnie nie wolno mu odpowiedzieć "nie wiem"! Musi postarać się tak "omotać" komisję, aby zejść z tematu, który jest mu nieznany.

     W moim przypadku wyglądało to tak, że na rozmowie kierunkowej poproszono mnie o opowiedzenie o moich zainteresowaniach. Wydaje mi się, że jest to jedyne pytanie, które komisja zadaje wszystkim. W tym momencie każdy ma pole do popisu. Im bardziej nietypowa pasja, tym lepiej, ale uwaga: kandydat musi naprawdę znać się na tym, o czym zamierza mówić, gdyż egzaminatorzy są bardzo dociekliwi i będą starali się jak najwięcej z niego wyciągnąć. To, co ja mówiłem musiało się najwyraźniej komisji spodobać, ponieważ miałem całkowicie wolną rękę i nikt nie przerywał mi przez co najmniej piętnaście minut (w ogóle moja rozmowa trwała wyjątkowo długo). Jednak w pewnym momencie jeden z egzaminatorów "przypomniał sobie", że powinniśmy porozmawiać o Japonii. Spytano mnie więc, jakie książki o tym kraju przeczytałem i która najbardziej przypadła mi do gustu. Jeśli ktoś rzeczywiście coś czytał, to nie powinien mieć z tym pytaniem większych problemów, oczywiście, jeżeli nie zje go stres. Ostatnie pytanie na mojej rozmowie dotyczyło konfliktu japońsko-chińskiego (przypomnę tylko, że chodziło o nieodpowiednie zdaniem Chińczyków określenie masakry nankińskiej w japońskich podręcznikach). W owym czasie był to temat bardzo popularny we wszystkich mediach, więc nie miałem z tym problemów.

     Jako że ćwiczyłem trochę kaligrafię japońską, chciałem pokazać komisji kilka moich prac oraz zademonstrować, co potrafię, ale niestety kazano mi już iść, tłumacząc to brakiem czasu. Kiedy to usłyszałem, byłem załamany, bo myślałem, że komisja po prostu nie chce już ze mną rozmawiać. Na szczęście naprawdę chodziło o brak czasu.

     Co do języków obcych, to dla mnie osobiście pewny problem stanowił język niemiecki, ponieważ egzaminator, mimo, iż był bardzo miły, chciał, abym odpowiadał szybko i płynnie. Niestety, stres sprawił, że na początku naszej konwersacji było to niemożliwe, ale potem udało mi się przezwyciężyć zdenerwowanie i mówić zdecydowanie lepiej niż na początku (rozmowa z niemieckiego była moją pierwszą, więc siłą rzeczy była najstraszniejsza - tzn. wtedy tak myślałem, bo z perspektywy czasu stwierdzam, że żadna z nich nie była zła). Rozpocząłem od opisu własnego dowodu osobistego, ponieważ komisja była ciekawa od kiedy to mam, ile zdjęć było potrzebnych, itd. Temat bardzo nietypowy i można by rzec banalny, ale wcale nie taki zły. Następnie poproszono mnie opisanie jeszcze kilku zdjęć. Dalej rozmowa zeszła już zupełnie na codzienne tematy i była bardzo luźna.

     Podobnie wyglądał egzamin ustny z języka angielskiego. Tu jedynym narzuconym zadaniem było przetłumaczenie fragmentu piosenki zespołu The Beatles. Reszta to tylko swobodna rozmowa, gdzie można było w zasadzie skakać z tematu na temat, byle tylko mówić, bo przecież liczy się tak naprawdę nie to, o czym się mówi, ale to, czy wypowiedź jest płynna.

     Język polski wspominam najmilej. Pewnie dlatego, że nie miałem żadnego pytania z gramatyki, a jedynym o czym rozmawialiśmy, były moje zainteresowania i książki, które pomogły mi pogłębić moją wiedzę na tematy mnie interesujące. Muszę przyznać, że polskiego bałem się najbardziej, ponieważ w programie nowego liceum w zasadzie nie ma elementów gramatyki, lub są one ograniczone do minimum. Lecz na szczęście los chciał, że było to w moim przypadku zupełnie niepotrzebne.

     Bardzo trudno jest mi teraz opisać przebieg całego postępowania, gdyż, nie wiedzieć czemu, dużo wyleciało mi już z głowy. Pewnie dlatego, że stresogenne sytuacje szybko się zapomina. Nie wiem także, co mogę doradzić przyszłym kandydatom. Jedyne, co przychodzi mi na myśl to to, że należy być sobą i spróbować spojrzeć na to wszystko przez różowe okulary. Pytania mogą być raz trudne, raz łatwe, ale nieznajomość odpowiedzi na któreś z nich wcale nie przekreśla niczyich szans na dostanie się. Komisja wcale nie chce przyjąć osób, które już wszystko wiedzą, lecz które chcą się czegoś nowego nauczyć i są zdecydowane, co chciałyby robić w życiu. Dobrze jest mieć jakiekolwiek hobby i jeśli tylko potrafi się ciekawie o nim opowiadać, to można liczyć na wolną rękę i mówić na egzaminie o tym, o czym się chce.

do góry

 

Mia
2004

"Nie piszę tego, by się chwalić, tylko by zwrócić uwagę, że warto opowiadać o sobie, o swoich doświadczeniach, by naprowadzić komisję na temat rozmowy."

    Jako, że już troszkę czasu od egzaminu wstępnego minęło i wrażenia już dawno straciły swoją moc, moje ‘zeznania’ nie będą już tak mocno nacechowane emocjami. Poza tym, to wielkie wydarzenie rekrutacyjne jest już nieco mgliste w mej pamięci, sporo już z niego uleciało w bezkresną przestrzeń zapomnienia, niestety… Jednak, mam nadzieję, że na coś się komuś moje wspomnienia przydadzą. :)

     Jestem żywym dowodem na to, że jak ktoś się uprze, to mu się uda. Ja zdawałam na japonistykę 2 razy. Pierwszy egzamin to była klęska, byłam nieźle wystraszona, nie miałam pojęcia co czeka mnie za drzwiami jednego z pokoi, kompletnie nie znałam komisji, wszystko było dla mnie obce, dziwne, przerażające. A wokół mnie w „poczekalni” znajdowali się sami mądrzy ludzie.. żeby nie powiedzieć, że zdarzali się i przemądrzali.. Na rozmowę kierunkową wchodziłam zdenerwowana, zaraz po języku polskim, na którym zostałam skatapultowana pytaniami z gramatyki, na które nie bardzo byłam wtedy przygotowana.. Tak to bywa, gdy idzie się na łatwiznę i nie trzeba zdawać ustnej matury z polskiego;) No i wtedy się nie udało..
Rok później zdawałam na japonistykę ponownie. Zresztą ja uparłam się, że będę zdawać do skutku.

     Tym razem znałam już i Poznań, i budynek na Międzychodzkiej, pamiętałam twarze i nazwiska wykładowców zasiadających w komisji, no i podchodziłam z dystansem do tych, którzy siedzieli obok mnie i bardzo mądrze o sobie opowiadali..
Przyszło mi zdawać piątego dnia rekrutacyjnego, od godz. 8 rano. Co prawda na pierwszą rozmowę z języka niemieckiego wchodziłam gdzieś koło 11, jednak wszystko zaczęło się spokojnie, z uśmiechem, a wielka bomba energii, która wybuchła na rozmowie kierunkowej sprawiła, że się dostałam. :)

     Język niemiecki - przemiła komisja. Dostałam do opowiadania obrazek, na którym rodzina siedziała przy śniadaniu. Miałam też za zadanie opowiedzieć o sobie, o powodzie, dla którego wybieram japonistykę, oraz musiałam się przyznać gdzie nauczyłam się niemieckiego i skąd mam taki akcent;) i wyszło szydło z worka.. grrr… a na koniec dostałam kilka zdań do przetłumaczenia z polskiego na niemiecki, np.: „Czy te oczy mogą kłamać? Chyba nie..”:)

     Język angielski - tu przyznaje, że mój poziom językowy jest trochę niższy niż z niemieckiego, jednak nie mam problemów ze swobodną wypowiedzią. Na wstępie, tradycyjnie- opowieść o sobie, powodach wyboru kierunku studiów, motywacji oraz hobby. Później kilka pytań o Japonii oraz Chinach (bo wówczas zdawałam również na sinologię.. brrr). Z tej okazji dostałam bombkę o polityce Chin, co nie było już tak banalne, ale jakoś tam poszło... uffff. I oczywiście kilka zadań gramatycznych- losowanie numerków zadań i jakieś zdania do tłumaczenia albo przerobienia na dany czas czy konstrukcje.

     Język polski- na tę rozmowę szłam z sercem na dłoni, doskonale pamiętając przejścia wcześniejszej rekrutacji.. Ale…
     Tym razem była wspaniała! I wiem, że zawdzięczam to maleńkiej, dość ważnej rzeczy o nazwie „list motywacyjny”. Uważam, że dzięki takiemu dokumentowi, komisja wie już mniej więcej KIM jest ten X. Oczywiście, jeśli ktoś w liście mocno przesadzi, napisze niezłą bajeczkę, to niestety na rozmowie to wyjdzie na jaw i kandydata spotka wielki wstyyyyd. Trzeba oczywiście potrafić uzasadnić to, co się tam natworzyło. Warto wspomnieć o zainteresowaniach, konkretnych powodach, dla których wybrało się japonistykę a nie np. hungarystykę itp. Jeśli ktoś wtrąci, że uwielbia historię, to na 100% będzie pytany z historii, jeśli zaś napisze, że interesuje go sztuka, i nie doda np., że współczesna, czy teatr (warto zawęzić!), to powinien liczyć się z tym, że pytania co do sztuki mogą być bardzo różnorodne, przekrojowe i mogą dotyczyć historii sztuki…

     Ad rem. Na powitanie na rozmowie z języka polskiego usłyszałam:
-„Pani jest podobno zainteresowana dziennikarstwem. Dla jakich czasopism, gazet pisuje Pani?”
Tu odpowiedź. I dalej:
-„A jakie zna Pani magazyny artystyczno-literackie?”
Tu odpowiedź. Między innymi pada nazwa „Dialog”. Kolejne pytanie:
- „Dlaczego czytuje Pani „Dialog”?”
I tu moja opowiastka o tym, jak mocne były moje więzi z teatrem. I co słyszę?
- „To chyba Pani złe czasopismo wybrała… O czym jest „Dialog”?”
Mówię, że o dramacie. No i od razu tłumaczę się, że naturalnie obok teatru interesuje mnie również dramat, zwłaszcza współczesny europejski. No i kolejne pytanie dotyczyło różnicy między TEATREM a DRAMATEM.

     Jako, że interesuję się filozofią i studiowałam przez rok ten kierunek, o czym również wspomniałam w liście motywacyjnym, kolejne pytania miałam z tego zakresu. M.in.: co to jest epistemologia, ontologia, czy mam ulubionego filozofa lub nurt, itp. A na koniec, ni z gruszki, ni z pietruszki, po pytaniu: „Kto to jest oportunista?” - „Czy znam jakichś reżyserów”. Tu moje pytanie: „Ogólnie czy osobiście?” Śmiech komisji. No to ja wymieniam: tego i tego osobiście, z tym i tym spotkałam się przez tego i owego, itp. Rozbawiona komisja wnikała w szczegóły tych znajomości i różnych historii, o których wspominałam. Na koniec tego wątku padło pytanie o Grotowskiego- czy znam? Odpowiadam, że znam…niestety nie osobiście.. Na to pytanie: czy nadal żyje? No to mówię, że umarł tego i tego roku. No i pytanie o Jego teatr „Laboratorium”. I szeroko uśmiechnięta komisja mówi mi :”Dziękuję!” A ja nieco zawiedziona, że to JUŻ koniec, odchodzę z płonącymi policzkami i błyszczącymi oczyma…

     Nie piszę tego, by się chwalić, tylko by zwrócić uwagę, że warto opowiadać o sobie, o swoich doświadczeniach, by naprowadzić komisję na temat rozmowy. Wtedy staje się ona przyjemna dla obu stron. Komisja dowiaduje się więcej o kandydacie, poznaje jego wiedzę, a kandydat bez stresu wypowiada się na bliskie i przyjemne mu tematy. I wtedy jest szansa, by zaprezentować się z jak najlepszej strony!
Podobnie było u mnie na rozmowie kierunkowej- po części, dzięki listowi motywacyjnemu komisja już wiedziała o co by mnie spytać, a po części i ja próbowałam tę rozmowę naprowadzić na własny tor…

     Rozmowa kierunkowa- wchodziłam na nią już całkiem wyluzowana, co oczywiście pomogło mi zachować jasność umysłu i uśmiech na twarzy. I tu na samym początku padło zdanie:
- „Pani pisuje artykuły, także pojawiające się na stronach internetowych, prawda?” -moje kiwnięcie głową-„’Kobieta japońska. Jej status na tle rodziny’- to zdaje się być Pani?”
Zamurowało mnie to. Zrobiłam wielkieeee oczy i spojrzałam pytająco na komisję. Wspomniałam w liście, że coś tam pisuję.. a tu okazało się, że tajne służby trafnie odnalazły coś mojego w internecie. Co ciekawsze podpisałam się tam pseudonimem z nazwiskiem a nie imieniem. :) No i rozpoczęła się rozmowa o tym ‘artykuliku” (o zgrozo! Ja się do niego nie przyznaję teraz…:P), o tym, że interesuje mnie kultura i społeczeństwo Japonii, pozycja kobiety w społeczeństwie itp.

     Zostałam także spytana o filozofię.. Jak mi się to studiuje co mnie najbardziej interesuje. Wspomniałam, ze filozofie wschodu, głównie ZEN oraz filozofia języka oraz ontologia i kognitywistyka. No to zaczęło się… o Wittgensteinie ;)- o jego filozofii, logice; ba- wręcz cytaty jego traktatu padały zarówno z ust komisji jak i moich. No od Wittgensteina do Zen. Co czytałam, pytania o D.T. Suzukiego. A od Zen naturalnie do buddyzmu- w jakich krajach rozwija się ta religia- tu miałam wskazać je na mapie. Musiałam także pokazać kraje islamu oraz wypowiedzieć się na temat religii Filipin. :) Z mapką spędziłam jeszcze kilka minut. Musiałam nazwać kolejno wyspy japońskie (rok wcześniej miałam wskazać 3 stolice Japonii) oraz Tajwan. Co do Tajwanu padło też pytanie o jego aktualną sytuację polityczną i stosunki z Chinami – w jakiej są relacji.

     Jako, że uczęszczałam na lektorat z japońskiego na UMK, zostałam spytana również o to, kto mnie tam nauczał i na jakim poziomie. Tutaj za wiele nie mogłam się popisywać, bo moja znajomość japońskiego była bierna. Na szczęście pytania też były bardziej z zakresu językoznawstwa. Na rozmowie kierunkowej został również poruszony temat esperanto, jako że jestem w związku esperantystów, co prawda teraz już bardzo luźnym, ale jednak. :)
W trakcie moich odpowiedzi na pytania, padały również swego rodzaju zagadki logiczne, tudzież dziwne pytania nie mające w danej chwili związku z tematem, a mające na celu zbadanie szybkości moich reakcji. Przykład: „A w jakim województwie leży Pani rodzinne miasto?” Odpowiadam, że kujawsko-pomorskim. „A ile jest w Polsce województw?” Odpowiada, że 16. Pada pytanie ”Czy aby na pewno? Bo różnie mówią, wczoraj słyszałem od kogoś, ze 45” :) No i takie to dziwne pytania czasem padają…

     Niestety więcej konkretów nie pamiętam. Za dużo było wątków rozmów. Do tego to wszystko to była jedna wielka przeplatanka tematów, nie sposób wszystko spamiętać, zwłaszcza, że nie jestem już na świeżo po egzaminie. Pamiętam, że jak wyszłam z ostatniej części to jeszcze byłam pełna energii i cała płonęłam z zaangażowania w rozmowy. Myślę, że ważne jest to, by ukoić swoje nerwy, by trzymać stres na wodzy, bo często bardzo oczytane, interesujące osoby po prostu zacinają się na tego typu egzaminach i niestety nie są w stanie przedstawić swojej wiedzy i osobowości, a wielka szkoda. Trzeba iść z uśmiechem. Komisja przecież nikogo nie zje, jedynie może już być zmęczona, dlatego trzeba ją ożywić swoją wypowiedzią! A reszta już sama się ułoży…

do góry

 

Agata
2005

"Komisjom udało się kilka razy wywołać we mnie zdziwienie.  Na polskim, na przykład, zostałam poproszona o opowiedzenie dowcipu."

     Egzamin składał się z czterech osobnych rozmów kwalifikacyjnych (czyt. egzaminów ustnych), z których dwie pierwsze sprawdzały znajomość wybranych języków obcych, kolejna - języka ojczystego i kultury polskiej, a ostatnia, tzw. rozmowa kierunkowa, wiedzę na temat Japonii i innych krajów Dalekiego Wschodu.

     Można było zdawać dwa dowolnie wybrane przez kandydata języki (albo jeden oczywiście, jeśli ktoś wolał, choć bardzo niewiele było osób, które się na to zdecydowały)

     Na języku polskim najpierw odpowiadało się na pytania z wybranej dziedziny kultury, trochę podobnie jak na starej maturze ustnej, potem było jeszcze proste pytanie dotyczące gramatyki (ja miałam wymienić części mowy - banalne, ale w egzaminacyjnym stresie wcale nie takie łatwe, jak by się wydawało, zwłaszcza, że się tego nie spodziewałam). Na rozmowie kierunkowej większość pytań opierała się o mapę - proszę pokazać cztery główne wyspy japońskie, dobrze, a główne miasta, a gdyby tak jeszcze wody terytorialne, a może sąsiadów...

     Egzamin z języka obcego rozpoczynała krótka rozmowa z egzaminatorem na tematy, powiedzmy, ogólne (ja zostałam zapytana o zainteresowania i motywacje do studiowania japonistyki i doświadczenia związane z nauką zdawanego języka - jak długo się go uczyłam, w jakiej szkole itd.), druga część obejmowała na francuskim tłumaczenie piosenki, a na niemieckim - opis obrazka (tak samo jak na nowej maturze ustnej).

     Atmosfera na poszczególnych rozmowach była właściwie bardzo miła, choć zestresowanemu kandydatowi trudno to zauważyć i docenić. ;)

     Komisjom udało się kilka razy wywołać we mnie zdziwienie.  Na polskim, na przykład, zostałam poproszona o opowiedzenie dowcipu. Zaskoczyła mnie też możliwość wybrania sobie dziedziny, z której chcę odpowiadać (literatura/sztuka, polska/obca, jaki kraj i epoka) i pytanie o opis stołu w stylu realistycznym i naturalistycznym (chodziło o coś w stylu: Wszedł do pokoju i na środku pokoju zobaczył duży, prostokątny stół...). Nie spodziewałam się też, że francuską piosenkę, którą miałam tłumaczyć, najpierw usłyszę w słuchawkach.

     Z moich doświadczeń podczas rekrutacji płynie kilka wniosków dla potencjalnych kandydatów. Po pierwsze warto dużo czytać - oczywiście na temat Japonii, najlepiej nie powieści, ale książek popularnonaukowych (nie muszą to być trudne i nudne rozprawy naukowe, choć powinny być rzetelne - polecam książki pani Tubielewicz, które przy wysokiej wartości naukowej z reguły świetnie się czyta), i warto znać chociaż kilka książek japońskich pisarzy. Pytanie "Co pani/pan czytał(a) na temat Japonii" jest chyba standardowe na rozmowie kierunkowej. Nie przejmujcie się za to za bardzo listą "zalecanych lektur" - o nie tak naprawdę nikt nie pyta, może dlatego, że trudno je dostać.

     Poza tym warto posiedzieć nad mapą i umieć pokazać japońskie wyspy, miasta, rzeki, morza i sąsiadów (ale uwaga! nie pomoże wam znajomość ich nazw, bo mapa, którą będziecie posługiwać się na egzaminie, jest w języku japońskim!).
     Warto poważnie potraktować wymienioną wśród wymagań uczelni wiedzę na temat krajów Dalekiego Wschodu (oprócz Japonii) i wiedzieć np., w których krajach przede wszystkim wyznaje się buddyzm i jaka jest religia panująca na Filipinach.
     Warto śledzić aktualne wydarzenia w Japonii, bo przy pokazywaniu miasta na mapie może paść pytanie: A co się tam akurat odbywa? Warto wiedzieć, co się chce robić po studiach.
     Warto wreszcie umieć przekonująco przedstawić swoje zainteresowania i motywacje, bo często ich właśnie dotyczy ostatnie pytanie (masz minutę na przekonanie komisji, że powinna przyjąć właśnie Ciebie...).

     Nie warto natomiast zbyt wgłębiać się w opracowywane zagadnienia. Przynajmniej moje pytania dotyczyły raczej podstawowych kwestii i kiedy pytano mnie o buddyzm, komisja oczekiwała, że powiem im, kim był i kiedy żył jego twórca, a nie wyjaśnię różnice pomiędzy mahajaną a hinajaną. Najlepiej weźcie encyklopedię i sprawdźcie, czy znacie podstawowe informacje z każdej z omawianych tam kategorii - jeśli nie, to poznajcie, a jeśli tak, przestańcie się martwić. ;)

     Warto wreszcie wiedzieć, co jest Waszą mocną stroną, bo możecie spotkać się z możliwością wyboru kategorii pytań. Poza tym w razie ewentualnej porażki na egzaminie przy małej różnicy punktów w stosunku do ostatniej z listy przyjętych osób naprawdę warto się odwoływać od decyzji komisji, pomimo z pozoru żadnych szans na sukces. Przede wszystkim jednak warto wierzyć, że się uda! :)

do góry

 

Wojtek
2005

"Warto mieć chociaż podstawową wiedzę na temat polityki, czy historii najnowszej. No i przede wszystkim nie warto się stresować. :-)"

     Pierwszą częścią mojego egzaminu był język angielski. Mój poziom to coś w okolicach
upper-intermediate, a konkretnie FCE zdany na C. ;-) Ta część egzaminu była w miarę OK, pytania nie były trudne, ale po dość krótkim wstępie rozmowa zeszła w okolice Japonii, co dla osób nieprzywykłych do rozmowy na ten temat w obcym języku (np. dla mnie), mogło być pewną niedogodnością, acz generalnie było w miarę pozytywnie, a sama rozmowa trwała krócej niż się spodziewałem.

     Druga część egzaminu to rozgrywka pt. "język ojczysty". ;-) Pierwszym zadaniem było wymienienie wszystkich epok literackich w Polsce. Mimo, ze byłem świeżo po maturze, to trochę mnie to pytanie zbiło z tropu i przebrnąłem przez nie z dużą pomocą komisji. (Aż mi się głupio zrobiło, bo w sumie nie było to chyba wybitnie trudne pytanie.)
Po tym niezbyt udanym wstępie zostałem poproszony o wymyślenie pytania dla samego siebie (!). Po krótkiej zwłoce na zebranie myśli, wpadłem wreszcie na genialny pomysł, żeby pytanie pokrywało się z tematem, który przygotowywałem na ustną maturę i w efekcie zapytałem siebie: "Jaką ekranizację dzieła literackiego uważam za najlepszą i dlaczego?". Pytanie zostało zaakceptowane, więc zacząłem mówić o książce "Mechaniczna Pomarańcza" i filmie o tym samym tytule. Książka raczej nie należy do szczególnie popularnych, więc byłem bardzo zaskoczony poziomem pytań komisji, która wiedziała o niej bardzo dużo.
Później rozmowa zeszła na temat kilku innych książek (np. "Rok 1984" G. Orwella), a gdzieś po drodze pojawiła się przede mną zdania zawierające błędy językowe do poprawienia (np. "wziąść" zamiast "wziąć"), z większością których sobie nie poradziłem, co komisja skwitowała zdaniem "w sumie to nie jest takie ważne…" :-)

     Po tej części egzaminu miałem w planach zaliczenie jeszcze tylko tzw. rozmowy kierunkowej, gdyż w zasadzie nie znałem żadnego innego języka obcego, ale jeden z członków komisji przekonał mnie żebym mimo wszystko spróbował. Tak trafiłem na egzamin z języka niemieckiego, na którym po niemiecku powiedziałem jakieś 6-7 słów.
Nie potrafiłem wyartykułować żadnego sensownego zdania, a z głowy "wyleciały" mi nawet najprostsze słówka (o ile kiedyś się tam w ogóle znajdowały...). Ale ponoć punkty były przyznawane również za samo przystąpienie do tej części egzaminu, więc miało to, mimo wszystko, jakiś sens :-)

     Ostatnia część, czyli rozmowa kierunkowa przebiegała w bardzo miłej atmosferze, a same pytania były z najróżniejszych dziedzin, często w żaden sposób nie związanych ze Wschodem, czy też z samą Japonią. Pytania, które pamiętam to np. rozmieszczenie poszczególnych religii w Azji (szczególnie w jej południowo-wschodniej części, nie tylko kontynentalnej), kilka ogólnych pytań na temat położenia geograficznego Japonii i jej stosunków politycznych z Chinami/Koreą, a także pytania odnośnie motywacji przy wyborze kierunku studiów. Pytania, których się nie spodziewałem, to te dotyczące moich pasji oraz polityki ("Na kogo będzie Pan głosował w wyborach prezydenckich?").

     Moim zdaniem dobrze jest "naprowadzić" komisję egzaminacyjną na jakiś interesujący nas temat, w którym czujemy się dość swobodnie. Na pewno warto mieć kilka ulubionych pozycji literackich (również japońskich, rzecz jasna), oraz jakieś inne, ciekawe zainteresowania, dzięki czemu troszkę łatwiej będzie się wbić komisji w pamięć. ;-) Warto mieć chociaż podstawową wiedzę na temat polityki, czy historii najnowszej.
No i przede wszystkim nie warto się stresować. :-)

do góry

 

Magda
2005

"Wszystkim zdającym polecam zastanowić się, dlaczego właściwie tak bardzo chcą iść na te studia, bo to tylko droga do czegoś, a nie cel sam w sobie."

     Zdawałam w czwartek, siódmego lipca, w sesji popołudniowej - pamiętam datę, bo jest charakterystyczna i ktoś lubiący numerologię mógłby dopisać bardzo wiele pozytywnych rozwinięć do dwóch siódemek, a tym samym nadać bardzo metafizyczny charakter całemu procesowi, ale bardzo by się to z prawdą minęło. Ot, kilka rozmów po kolei i tyle.

Miejsce Akcji: Budynek przy Matejki
Czas: po 14

     Na początek wszyscy kandydaci zostali poproszeni do jednej dużej sali, gdzie została sprawdzona obecność, i gdzie oznajmiono nam, że Szanowna Komisja nie miała czasu zapoznać się z listami motywacyjnymi i mamy się zastanowić nad streszczeniem ich (a miałam dobre przeczucie, żeby nic takiego nie pisać). Od razu ustawiła się kolejka petentów pt. "pociąg mam o tej i tamtej, więc wypuście mnie o tej i tamtej", no i zaczęło się...

     Tak generalnie, to całe postępowanie składa się z czekania, a wsparcie w postaci zaufanej koleżanki i mamy jest bardzo przydatne (zwłaszcza to ostatnie, jeśli przynosi czekoladę i idzie sobie na kawę).

     Zaczęłam od języka niemieckiego. Panowie w komisji mili, a zadanie: pomieszane obrazki, którym trzeba nadać poprawną kolejność oraz zdanko do przetłumaczenia z polskiego na niemiecki. W sumie wrażenia pozytywne - mówiłam przecież we właściwym języku, a to że nie wiem jak jest "dawać klapsy", można sobie wybaczyć (co nie znaczy, że porozpaczać nie należy).
Potem chwilka odpoczynku i język polski - bardzo miła rozmowa, od ogólników w stylu pytań o powody wyboru tego kierunku studiów oraz o zainteresowania do: "Jaką właściwie literaturą się pani interesuje?" (bo wymieniłam ją w swoich zainteresowaniach). A potem było o literaturze kobiecej - czym się różni od typowo męskiej, później coś o "Wiele hałasu o nic" (ja) i "Ślubach panieńskich" (pan egzaminator).

     Kolejna chwila odpoczynku, kiedy dowiaduję się, że koleżanka siedząca obok (zdająca na sinologię) język polski wspomina jako "rozmowę o Batmanie”...
Teraz kolej na angielski, też bardzo miło: standard - dlaczego ten kierunek, a potem zdjęcia i rozmowa o żywności (odnośnie wylosowanych zdjęć). Nie udało mi się zabłysnąć znajomością różnych rodzajów mięsa, ale podstawy były. Potem jeszcze 2-3 zdania do przetłumaczenia albo uzupełnienia.

     Potem kolejna chwila odpoczynku, która się dłuży, dlatego postanawiam pójść do toalety. Spokój, opanowanie mijają w jednej chwili, kiedy w drodze do poczekalni widzę biegnącą po mnie psiapsiółę - dr Kanert z komisji już mnie wyczytał! Wchodzę do sali, panika, szukam go, ale nie widzę, na pytanie do ogółu, czy ktoś wie, gdzie mógł pójść albo czy nie mówił, gdzie ja mam iść, urocza dziewczyna sugeruje, że owszem, mogę sobie iść, ale do domu. Niedoczekanie! "Sama sobie idź!" Dwa głębokie wdechy… i pojawia się pan w koszulce w paski z kubkiem w ręku – dr Kanert! - i schodzimy piętro niżej.

     Mała salka, na ścianach dominują wielka mapa Japonii i stosy książek między egzaminatorami (dr Kasza i dr Kanert) a zdającym (mną). Zaczęło się od: "Dlaczego ten kierunek?", po drodze pytanie o to, gdzie jest muzeum Moneta we Francji (nawiązanie do tego, że przygotowałam projekt o drzeworytach i impresjonistach). „A co jest jeszcze w Givenchy? Widać na półkach w sklepie…” Kosmetyki, oczywiście! (Ciekawe czy jakiś pan by wiedział). Pytanie - czy ja coś wiem o języku japońskim? Wiem, że jest aglutynacyjny, tłumaczę, na czym to polega, jaka jest różnica między japońskim a polskim, np. który jest języki fleksyjnym i co nam mówi "ł" w wyrazie "poszedł".

     Teraz wiedzy o Japonii ciąg dalszy - dostaję pisak i dostaję jakieś skomplikowane polecenie odnośnie zaprezentowania Wysp Japońskich. Tutaj zaczyna dopadać mnie stres, ale mam wrażenie, że w sąsiadów jeszcze trafiałam odpowiednio. Potem część trzecia - wiedza ogólna: gdzie było referendum dotyczące Konstytucji UE, o co chodziło z tym referendum. Co to jest homofobia? Co to jest (tutaj jakiś dziwny skrót, którego, niestety, nie znam)? Podobno to było pytanie już poza konkursem (iiijasne), i chodziło o prześladowania chrześcijan w Afryce, ale do dziś nie doszukałam się tego skrótu. Tak w międzyczasie jeszcze było pytanie, gdzie drzeworyty można w Polsce obejrzeć. W Krakowie oczywiście, ale gdzie w Poznaniu, to nie wiedziałam. Za to była to okazja do pochwalenia się, że w Muzeum Narodowym w mojej rodzimej wsi była wystawa obrazków z haiku, wspólnymi siłami (bo oczywiście nie pamiętam, że to o haiga chodzi) ustalamy, co to było. A odnośnie pytania o literaturę to starałam się bardzo elokwentnie dowieść na przykładzie kryminałów R. Chandlera, że tłumaczenia potrafią bardzo zafałszować obraz całego dzieła.

     No i tyle... Strasznie szybko minęło, a moje odczucia zaraz po - czarna rozpacz, hektolitry wylanych łez… Zresztą przejaśniło mi się dopiero, gdy ujrzałam swoje imię i nazwisko na liście w internecie, mimo iż byłam pewna, że się nie dostanę.

     Do dziś uważam to za jakiś cud i nie do końca wiem, co sprawiło, że otrzymałam tak dużo punktów. Opanowaniem nad nerwami na pewno się nie popisałam, strach mnie zjadł zupełnie. Może to o motywację chodziło? Nie wiem, ale wydaje mi się, że to jest chyba najważniejszy czynnik i wszystkim zdającym polecam zastanowić się, dlaczego właściwie tak bardzo chcą iść na te właśnie studia, bo to tylko droga do czegoś, a nie cel sam w sobie.

do góry

© Japonica Creativa 2002 - 2009